„Sadowieńskie obrazy” – Rozdział IV

Obrzędy weselne.

Rozpoczynający się od Nowego Roku okres Karnawału jest okazją do urządzania wielu zabaw tanecznych i zawierania małżeństw z wyprawianiem weselisk, które stosownie do zamożności młodych są bardzo bogate, biedniejsze lub całkowicie ubogie, skromne.

Okres wesel poprzedzony jest ciekawymi zwyczajami, które zachowały się jeszcze do dziś.

Jeśli chłopiec z dziewczyną poznają się przygodnie, np. na odpuście, w niedzielę lub na jakiejś zabawie tanecznej, wesele odbywa się z reguły bez specjalnie na to przeznaczonych swatów. Do czasu wesela kawaler „chodzi” często do przyszłej żony, jeśli nie codziennie, to w zależności od posiadanego czasu dwa, trzy razy w tygodniu lub tylko w niedzielę.

Rodzice młodych bardzo często mają niestety, mimo wzajemnego ich podobania się sobie, decydujący wpływ na realizację zapowiadanego małżeństwa. Decydują o tym przeważnie warunki materialne obu stron, które najczęściej stanowią warunek zasadniczy do związania młodych węzłem małżeńskim.

Jeśli natomiast młodzi nie znają się bliżej, a kawaler upatrzy sobie panienkę w swoim guście w odległej nieraz, innej zupełnie wsi, a którą to bogdankę zna najczęściej z opowiadań i zasłyszenia, odbywają się wtedy tzw. „Swaty”, które albo wiążą młodą parę, albo po prostu planowane małżeństwo z przeróżnych względów nie dochodzi do skutku.

Zwyczaj ten odbywa się w następujący sposób: Kandydat na małżonka umawiając przedtem tzw. „Rajka”, najczęściej człowieka wymownego i obrotnego w języku, udając się z nim w odpowiednio przygotowanym i zapowiedzianym rodzicom panny czasie, biorąc ze sobą, jak to się dziś powszechnie określa „litra w kieszeń”.

Po przybyciu na miejsce rodzice młodej przygotowują przyjęcie składające się z jadła, zaś kandydat na męża ustawia na stole przywiezioną wódkę.

Podczas takiej uczty następuje rozmowa na temat proponowanego zamężcia, podczas którego „Rajek” opowiada o zaletach kawalera, jego majętności i przydatności na męża, sprowadzając jednocześnie rozmowę na drogę wyczucia o posagu czekającego młodą. Zadaniem „Rajka” jest umiejętność takiego poprowadzenia obrotu sprawy, aby doszła ona do właściwie zaplanowanego skutku.

Bywa, że obie strony nie dochodzą z różnych względów do porozumienia i wtedy wszystko kończy się fiaskiem.

Jeśli natomiast obustronnie wyrażona zgoda osiąga pełne powodzenie – wyznacza się w najbliższą niedzielę zrękowiny, które oczywiście są ukoronowaniem przyszłego małżeństwa i wesela, którego obustronnie ustala się jego termin i przewiduje ilość osób na niego zaproszonych.

Odbywa się ono zazwyczaj w zwykłą niedzielę, drugi dzień świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy, a także w ciągu całego roku, z wyjątkiem okresu Postu i Adwentu.

Wesele w zależności od zasobów materialnych obu stron urządzane bywa  bogaciej lub skromniej.

Wyprawiane ono bywa u młodej, zaś w domu weselnym młodego odbywa się tylko tzw. „Wyjazd”.

Obie strony jak powiedzieliśmy wyżej spraszają po wzajemnym przed tym uzgodnieniu odpowiednią ilość osób spośród najbliższej i dalszej rodziny oraz znajomych, sąsiadów, a nawet gości okolicznościowych, a także z innych zupełnie wsi i miejscowości.

Na kilka lub kilkanaście dni przed weselem, młodzi udają się do miasta, najczęściej do Warszawy, gdzie kawaler kupuje obrączki ślubne oraz strój dla młodej. Poza tym następują inne, potrzebne, związane z weselem zakupy.

Podczas wyznaczonego na wesele dnia do młodego zjeżdżają się zaproszeni przez niego goście już od wczesnych godzin przedpołudniowych. Każdego przybywającego wita marszem kapela, której przybywający wsuwają w kieszeń datki pieniężne. Odbywa się potem uczta biesiadna, po której następuje wyjazd do młodej.

Przed wyjazdem młody jest żegnany przez rodziców, którzy życzą mu jednocześnie szczęścia w pożyciu małżeńskim.

Wszyscy biesiadnicy zabierają się również do wyjazdu, który odbywa się na furmankach, Młody zaś w towarzystwie drużbów jedzie okazałą bryczką, zwaną u nas „wolantem”, zaprzężoną w parę okazałych, dobrze utrzymanych, przeważnie dobieranych, ścigłych koni. Orszak ten jadąc pokrzykuje, wyśpiewuje różne piosenki i po pewnym czasie przybywa do domu weselnego Młodej. Tu przed wyjazdem do ślubu odbywają się różne obrzędy przeplatane piosenkami.

Z pieśni weselnych udało się dziś jeszcze wyłowić niektóre, ponieważ w ogólności nie są już one we wsiach znane, zaś ludzi starszych, pamiętających te przyśpiewki, jest niestety coraz mniej.

Oto niektóre z nich odtworzone przez 76-letnią żyjącą jeszcze Filomenę Żebrowską, mieszkankę Sadownego, 72-letnią Rozalię Koroś oraz 71-letnią Annę Koroś, obie mieszkanki Suci koło Rażen.

Pieśni te śpiewane były stosownie do okoliczności weselnych lub nadarzających się okazji różnego rodzaju.

W oczekiwaniu na przyszłego małżonka podczas wesela w swoim domu Młoda, niecierpliwiąc się, żałośnie jakby z obawą o rychły jego przyjazd rzewliwie śpiewała:

„Oj wyjrzyjcie moje druhny za ten nowy dwór,

Oj czy jedzie, czy nie jedzie ukochany mój”.

Po pewnym czasie, gdy wypatrujący specjalnie na to przeznaczeni chłopcy donieśli o zbliżaniu się oczekiwanego, Młoda radośniej i weselej wtedy nuciła:

„Jedzie, jedzie niedaleko, już mija ten dwór.

Wyliguje, występuje pod nim wrony koń”.

Potem już z radością popłynęły słowa pieśni, która wprowadzała Młodego w obejście domu weselnego:

„Oj otwórzcie moje druhny te szerokie wrota,

żeby mój ten ukochany nie tykał boka”.

Następował potem moment zatrzymania się całej kawalkady weselnej u wrót, podczas którego nie zsiadając z bryczek i wozów Młody oczekiwał na wyjście starszej druhny z tak zwanym „wykupnym”, stanowiącym butelkę wódki opasanej wianuszkiem mirtowym z białą kokardką. Jeśli zdaniem przybyłych butelka okazała się zbyt małą, w odpowiedzi na to drużbowie wraz z Młodym śpiewali:

„Starsza druhna, Bóg ci zapłać,

Tylko tobą komin zapchać.

Komin zapchać, zetrzeć ławę

nie dla ludzi na zabawę”.

Po otrzymaniu wkupnego „Młody” w towarzystwie drużbów zsiadał z bryczki, a reszta z nim przybyłych czyniła to samo. Bywało, że starsza druhna zapomniawszy o „wkupnem” nie wychodziła do przybyłych, wtedy cały orszak potrafił zawrócić z kopyta i odjechać w pobliże, by na powrót stanąć u wrót domu weselnego, oczekując uparcie na powitanie i „wkupne”.

Stojący w pobliżu domu weselnego witani byli piosenką śpiewaną przez druhny:

„Pocózeście przyjechali nase miłe goście,

Jeśli wom się podobało ojca, matki proście”.

Na co drużbowie odśpiewują:

„A przed wroty kamień złoty, zielona murawa,

wyjdzij ze ty nasa młoda, jeżeliś nam rada”.

Młody z nutką obawy w głosie dodawał:

„Wstępuje na wase progi,

Oddaje ukłon pod nogi.

Niechaj bandzie Jezus Chrystus pochwalony

cy ja nie bandę dziś od was oddalony?”

Na to druhny z humorem i drwinkami odpowiadały:

„Ej fora ze dwora nasego,

spodziewalim się tu kogoś lepszego,

ale nie ciebie starego,

jesce do tego łysego”.

Wśród ogólnej radości i śmiechu Młody wraz ze wszystkimi wstępuje na teren obejścia domu weselnego i wchodzi zadowolony do niego.

Następuje z kolei przygotowanie się do wyjazdu do kościoła, w którym odbędzie się obrzęd zaślubin młodych dozgonnym węzłem  nie uznającym prawa rozwodu.

W czasie oczekiwania na wyjazd do ślubu, druhny i starsze kobiety zamknąwszy się z Młodą w komorze lub pierwszej lepszej izbie, z dala od reszty weselników sposobią Młodą w strój weselny tj. suknię ślubną, białe pantofelki, welon i wianek przetykany mirtą.

Przed wyjazdem do kościoła Młody wraz z pozostałą resztą gości weselnych racząc się otrzymaną z „wykupu” wódką zachęcająco przyśpiewuje pod adresem Młodej:

„Oj siadaj, siadaj moje kochanie,

nic to nie nada twoje płakanie.

Już płac twój nic nie pomoze,

bo stoją konie siwe we wozie,

są zaprzęzone i załozone”.

Młoda po założeniu stroju weselnego, sposobiąc się na wezwanie Młodego śpiewa rzewnie, żegnając rodziców:

„A jak zes ja bandę siadała,

kiedym ojcoju nie dziękowała?

Dziękuję ci droga matko,

chowałaś me zawse gładko,

tera nie bandzies”.

            Druhny, obstępując wokół Młodej, śpiewały zawodząc rzewnie:

„Panie Jezusie dajze jej scęście,

bo ona jadzie pod jego pięście!

Panie Jezusie dajze jej dole,

bo ona idzie w jego niewole”.

Wtedy drużbowie zabierając ją pod ręce wiedli do przygotowanej specjalnie bryczki, a Młoda przeważnie popłakując żegnała dom rodzinny i w towarzystwie drużbów siadała na bryczkę. Konie podcięte biczami przez furmanów ruszały z kopyta i cały orszak wozów i bryczek z wesołym pokrzykiwaniem i krzykliwym śpiewaniem pędził w stronę Sadownego, aby tam w kościele dokonać obrzędu oczekiwanych zaślubin.

W drodze do ślubu Młodzi nie jadą razem i są rozdzieleni. Młoda w gronie drużbów jedzie oddzielnym wolantem, zaś Młody w towarzystwie druhen, oddzielnym, siedząc pośrodku między nimi.

Dla zapewnienia Młodym w przyszłym ich życiu bogactwa i dostatku matka Młodego, zwana u nas popularnie „świekrą”, wsuwała przed wyjazdem w pantofelek Młodej złoty pieniążek. Wszystkim natomiast weselnikom druhny przypinały ozdobione mirtem kokardki z białej, wąskiej wstążeczki, co miało być oznaką proszonego uczestnictwa w weselu, dla odróżnienia od tzw. u nas powszechnie „Pasierbów”, którzy jako nieproszeni zjawiali się w porze wieczorowej i nocnej na tańce weselne, nierzadko na wychylenie ukradkiem nieraz podanej przez znajomków weselnej gorzałki.

W kościele ustawia się przy głównych drzwiach wejściowych zwanych „wielgimi” orszak ślubny złożony z druhen, drużbów i młodzieży, na czele którego kroczy wolnym, uroczystym krokiem młoda para, idąc środkiem kościoła ku głównemu ołtarzowi.

Tam uklęknąwszy na najwyższym stopniu powtarzają za księdzem ślubną formułkę, którą wypowiadają młodzi na przemian – najpierw Młody, po nim Ona.

Podczas aktu zaprzysiężenia starsza druhna, co jest zwyczajem jeszcze dotychczas u nas ściśle przestrzeganym, zarzuca Młodemu na nogi koniec, tren welonu Młodej. Ma to być według miejscowych przesądów powodem do całkowitej uległości i poddania się młodego męża swej żonie na całe życie.

Po obrzędzie zaślubin, podczas którego młodzi otrzymują uprzednio kapłanowi złożone złote obrączki oraz rozgłosu potężnie grzmiących organów, następuje obejście młodych wokół ołtarza i wrzucenie do znajdującej się obok niego puszki ofiary pieniężnej złożonej przez Młodego. Istnieje również zwyczaj darowania za ołtarzem przez Młodego dowolnej sumy pieniężnej, co ma być oznaką, że będzie on oddawał jej pieniądze przez całe życie.

Po opuszczeniu stopni ołtarza, przy którym młode małżeństwo pobyło jeszcze chwilę, następuje moment składania życzeń i powrót do domu weselnego Młodej.

Tu młodzi, stawiając pierwsze kroki jako małżeństwo, przekraczają próg domu, w którym rodzice witają młodą parę chlebem i solą, błogosławiąc ich i życząc szczęścia i powodzenia.

Oczekująca przed drzwiami kapela wita młodych marszem weselnym, a Młody na równi z innymi obdarowuje muzykantów grosiwem, za co z większą ochotą w ogólnym podnieceniu i nastroju weselnym grzmią ochoczo na cześć młodej pary i biesiadników weselnych.

Rodzice Młodej zapraszają teraz wszystkich gości weselnych do zastawionych jadłem i napojami stołów i rozpoczyna się najpierw  obrzęd tzw. „Rozplecin”, polegający na zdjęciu Młodej welonu z wianuszkiem, co ma być oznaką utraty panieństwa i wejścia Młodej w grono kobiet zamężnych.

Po „rozplecinach” następuje z kolei dla podkreślenia wyżej podanych powodów, obrzęd „Oczepin”, będący głównym i ważnym kiedyś zwyczajem wesela, podczas którego, po zdjęciu welonu i założenia go na głowę starszej druhny, zakładano Młodej czepek, stąd nazwa tego obrzędu.

Czepek wykonany z koronek i białego materiału, zawiązywany pod szyją dwiema wstążeczkami, miał już nieodwołalnie wprowadzać Młodą w grono mężatek. Podczas „Oczepin” młoda małżonka śpiewała:

„Już za stołem zasiadają

o mym wianku radę mają.

Radzą, radzą co z nim zrobić,

wianek zdyjąć, cepek włozyć.

O ja niescęsna!”

            Podczas „Oczepin” starsze kobiety zgodnym głosem, krzykliwie śpiewały piosenkę, która stanowiła nieodłączną część tego obrzędu i śpiewana była na każdym weselu:

„Zakukała kukawecka za borem,

zapłakała pani młoda za stołem.

Zapomnis ty pani młoda tańcyka,

tyle weźnie na cię mąz  twój bacika!

Oj zapomnis pani młoda urody,

tylo pódzies z pieluchamy do wody.

Oj zabacys ty pani młoda długo spać,

tylo jak ci przydzie rano do dzieciątka wstać!

Nie chciałaś chodzieć z pannamy,

pochodzis se tera z babamy.

Nie chciałaś wianuska nosieć,

kazałaś cepecek załozeć.

Nie chciałaś boś go niegodna,

siedziałaś z chłopcamy do dnia”.

Młoda na to replikowała:

„A cóz wam kobiety do tego,

nie ucyniłam nic złego”.

Następnie podawane młodej parze, siedzącej już teraz koło siebie za stołem pośrodku, piwo i placek śpiewając:

„Na to korowaj upiecono

zeby Marysię z Jankiem złącono”.

            Gdy przeminął czas „Oczepin”, podczas którego odbywał się obrzęd pozbawienia Młodej welonu z wiankiem i założenia czepca, Młody z nutką ironii w głosie, pod adresem Młodej śpiewał:

„Moja zonka cepka ni ma tra la la, tra la la,

W grochowiny łeb owija tra la la, tra la la!

Złózcie panny po złotówce tra la la, tra la la,

Kupcie cepek mojej zonce tra la la, tra la la.”

Panna młoda nie chcąc być dłużna odśpiewywała pospiesznie:

„Złózta chłopcy po złotemu

Kupta buty Konstantemu” (tzn. Mężowi)

Rozpoczynała się potem uczta weselna zwana powszechnie „Obiadem”, przerywana często tańcami, które trwały do późnej nocy, a nawet do rana lub na drugi dzień nierzadko do samego wieczora. Pozostają już wtedy nieliczni, wytrzymalsi i dokonują dnia drugiego tzw. „Poprawin”. Ubawieni, podpici i zmęczeni powracają napowrót do swych domów, syci na czas dłuższy, do nowej okazji, aby po wypoczynku jąć się codziennej, żmudnej pracy w gospodarstwie.

Podczas uczty weselnej w dawnych czasach istniał na naszej ziemi obrzęd zwany „Małym tańcem”, podczas którego starsza druhna ustrojona w zdjęty podczas „Oczepin” welon Młodej tańczyła z chętnymi do tego mężczyznami młodymi i starymi uczestnikami wesela.

Taniec ten wykonywany skocznie według melodii „małego tańca”, wirujący wokół obstawionej dookoła, pustej po środku izby, wziął się u nas zza Bugu i przeniesiony został prawdopodobnie podczas osiedlania się na naszych ziemiach przodków przybyłych tu, jak już wspomnieliśmy, z ziemi kurpiowskiej. Tuż za Bugiem w Bojanach, Udrzynie i innych jest jeszcze dziś nagminnie stosowany i uprawiany na tamtejszych weselach.

Każdy mężczyzna po wykonaniu kilku lub kilkunastu obrotów tego tańca, obowiązany był rzucić na postawiony na stole biesiadnym, naprzeciw Młodej, talerz – dobrowolną kwotę pieniężną, która miała stanowić według zwyczaju zaczątek przyszłego gospodarstwa młodego małżeństwa.

Dziś ten zwyczaj zanika, a nawet jest z pewnych honorowych względów rugowany, a jego miejsce zajmuje wprowadzany coraz bardziej i powszechniej zwyczaj obdarowywania Młodej praktycznymi prezentami, przeważnie o przydatności użytkowej dla przyszłego urządzenia domu młodego małżeństwa.

Podczas „Małego tańca”, w którym, jak powiedzieliśmy, tańcząc ze starszą druhną trzeba było rzucić do talerza pieniądze, śpiewano:

„Nie idzie to drużba, tylko anioł boży

wykręci się raz, dwa, rubelka położy.”

Do miłych i ciekawych obyczajów weselnych dziś coraz bardziej zanikających było jak najbardziej sprytne i umiejętne przejście starszego drużby pod stołem biesiadnym i skradzenie Młodej ślubnego pantofelka. Jeśli zabieg ten wykonawcy udawał, się, wyskakiwał on wtedy triumfalnie spod stołu i okazywał wszystkim swą zdobycz, popartą przez biesiadników ogólnym aplauzem. Oczywiście teraz obowiązkiem Młodego  było wykupić porwany pantofelek, płacąc sprawcy incydentu haracz w postaci nie małej butelki wódki. Podobnie rzecz się miała z pantoflem starszej druhny.

Ukoronowaniem obrzędów i zwyczajów weselnych były ongiś dziś już coraz rzadziej lub zanikłe zupełnie śpiewane przez specjalnie do tego przygotowane, jak wspomniana wyżej w Sadownem Kamińska, okolicznościowe pieśni weselne przeznaczone każdemu z osobna, z umiejętnym ich dostosowaniem do danej osoby np. kobiecie lubiącej zaglądać często do kieliszka, wstawiając właściwe nazwisko, śpiewano ku uciesze pozostałych:

„Naszej Korośce na zdrowie bandzie,

i piła i jadła i jesce bandzie.

Wypije, wypije, nic nie ostawi,

niech ze ją, niech ze ją Bóg błogosławi”.

albo inna śpiewana zgryźliwie pod adresem ojca młodej, którego mieszkanie było zbyt ciasne:

„Tańcowali byśwa ale mała izba.

Trzeba było wynosieć

bandzie izby dosieć”.

Oprócz pieśni radosnych, przepojonych nutą swobody i wesela, bywały również i takie, w których przebijała żałość i smutek mimo atmosfery uweselenia i ogólnej uciechy, gdy panna młoda, zdając sobie sprawę z naprawdę ostatnich chwil pobytu w domu rodzinnym, żałościwie zawodząc i prawie biadoląc, śpiewała:

„Umyślnie mnie mama daleko wydała,

żebym u swej mamy często nie bywała!

Na co matka Młodej łamanym zwykle od łkania głosem odpowiadała:

„Bywaj córo, bywaj za mego żywota

bo po mojej śmierci to się zamkną wrota!”

Na „Psich babach” w tydzień po weselu, w domu Młodego, do którego już się od rodziców wyprowadziła, pamiętając dostatek i czułość matczynej opieki, żałośliwie nuciła:

„Oj dali mi chleba, jak klonowy listek!

Jeszcze się pytali czym go zjadła wszystek?

Oj, zjadłam go, zjadłam w sieni za drzwiami,

co spojrzę na niego, zaleję się łzami!”

i wiele, wiele najprzeróżniejszych, obok których królowały chętnie wywijane tańce jak: oberki, polki, mazurki, mazury i kujawiaki tańczone z hukiem, pokrzykiwaniem i werwą ogromną nieraz do upadłego i potwornego zmęczenia. Dziś wypierane przez coraz bardziej wkraczające na wieś nowoczesne tańce pochodzenia miejskiego zanikają powoli i tańczone są tylko przeważnie przez osoby starsze.

Wprowadzane z ochotą przez współczesną młodzież tańce nowoczesne jak: tanga, fokstroty, samby, twisty i inne szybko przemijające ze względu na swą wątpliwą wartość, nie mają nic wspólnego ludowością i folklorem wsi polskiej.

Źródło: „Sadowieńskie obrazy…”, Edward Sówka, Sadowne 1970