„Sadowieńskie obrazy” – Rozdział IV
Zwyczaje i obyczaje.
Tak, jak w innych stronach kraju, tak samo i w regionie ziemi sadowieńskiej lud tu mieszkający miał swoje zwyczaje i obyczaje. Jedne z nich zachowały się jeszcze do dziś, inne bezpowrotnie przeminęły i tylko gdzieniegdzie wśród starszych ożywają one już tylko we wspomnieniach i opowiadaniach na tematy o życiu przeszłym naszych przodków – „jak to kiedyś bywało”.
Sprawą nakazu jest nam o nich przypomnieć, wygrzebać z lamusa zapomnienia, pokazać współczesnym jako relikty obyczajowe naszej ziemi, na której ongiś wszechwładnie panowały i były składową, nieodłączną częścią życia dawnego.
W czasach obecnych stały się one już tylko niejednokrotnie regionalnym widowiskiem interesującym ze względu na zwykłą ciekawość, często swoiście oryginalną dekoracją i oprawą programów okolicznościowych uroczystości lub urozmaicające szarość i monotonię powszedniego życia naszej wsi.
Jest rzeczą zrozumiałą, że tamte wszystkie zwyczaje rozrywki muszą ustępować miejsca innemu gatunkowi zabawiania człowieka i są dziś wypierane dzięki postępowi czasu niosącego z sobą inne formy w postaci teatru, radia, telewizji, klubów rozrywkowych, gier i zabaw, które coraz powszechniej, a nawet wszechwładnie, opanowują wieś współczesną.
Przypomnienie o zwyczajach i obyczajach ludu naszej ziemi nie przeszkodzi w niczym rozwijającej się dziś na wsi współczesności, lecz tym, którzy je jeszcze pamiętają odświeży w pamięci i wydobywszy z zapomnienia przywróci i ożywi wspomnienie dawnych lat i przeżyć.
Młodzieży naszej, której te rzeczy są już dziś zupełnie prawie obce, niech staną się szacunku pełnym oznajmieniem o życiu ich ojców, dziadów i pradziadów, których są dzisiaj spadkobiercami ziemi, na której się urodzili i wyrośli.
Młode pokolenie, które wzrasta obecnie i sposobi się do włodarzenia naszym krajem w przyszłości, nie zna zupełnie ciekawej nieraz przeszłości i to często bliskiej, niedalekiej, nie może być w jej umysłach pominięta i któremu my starsi z obowiązku społeczno – wychowawczego przekazywać winniśmy.
Zapomnienie o nich i zupełne ich wykreślenie z naszego obecnego życia byłoby błędem niewybaczalnym, godzącym świadomie w rodzimą naszą kulturę stanowiącą fundament naszej historii.
Wspomnieliśmy pobieżnie w pracy niniejszej o kilku zaledwie zwyczajach dotyczących naszego regionu, lecz nie są one wszystkie – jest ich niezliczona ilość i o nich właśnie, ku przypomnieniu starszym, poinformowaniu młodych i wiadomości przyszłym pokoleniom, chcemy słów kilka nadmienić.
Odwieczny, niepamiętny zwyczaj chodzenia wieczorami zapustnych „przebierańców” nie należy na szczęście do zapomnianych.
Zwyczaj ten przetrwał jeszcze do dziś i jest chętnie uprawiany przez dzieci i młodzież wsi naszego regionu.
Odbywa się to zazwyczaj w tzw. „Ostatki”, tj. poniedziałek lub wtorek, jako ostatnie dni karnawału, tuż przed Popielcem rozpoczynającym okres Wielkiego Postu.
Młodzi przebierają się wówczas w różnorakie stroje, zmieniające ich do niepoznania na ludzi starszych, nieraz śmiesznych fircyków, zwierzaki lub inne „stwory”. Dla większego zamaskowania malują sobie twarze sadzą lub farbami, które istotnie przemieniają ich oblicza zupełnie, przyprawiające odwiedzanych do szczerego śmiechu i radości. Zmiana przy tym głosu utrudnia całkowicie rozpoznanie ucieszonych zapustników. Kłaniając się nisko w pas, otrzymują z reguły datki pieniężne lub poczęstunek z suto nieraz zastawionych biesiadnych stołów zapustnych.
Zwyczaj odbywania tych biesiad zachował się do dziś. Ma on charakter uczt połączonych często z tańcami, do których jest dużo chęci i zapału. Wspólne sąsiedzkie biesiady zapustne mają najczęściej duże wzięcie i organizowane są w sposób składkowy. Po uprzednim omówieniu i wspólnym przygotowaniu jadła rozlicznego i napojów, zmówione grono biesiadników, wieczorem o wyznaczonej godzinie schodzi się do jednego, ustalonego domu i tam odbywa się uczta, podczas której spożywane są różne potrawy, w większości mięsne, zakrapiane napojami alkoholowymi.
Potrawy mięsne spożywać wolno tylko do północy, tj. do godziny 12-tej, po której ze względu na stosowany powszechnie ścisły post rozpoczyna się druga część uczty podlewanej obficie alkoholem, lecz wtedy już tylko pod śledzia lub rybę, względnie potrawy bezmięsne. Picie alkoholu w Popielec ma zapewnić zdaniem zwyczaju miejscowego urodzaj roślin włóknistych – pije się „na konopie”.
Ciekawym i coraz rzadziej już spotykanym zwyczajem jest w naszym regionie stosowanie bicia tzw. „Półpościa”.
Należy to do starodawnych miejscowych obyczajów połączonych z pewną złośliwością stosowaną do domów, w których mieszkały stare panny albo inne powszechnie lub indywidualnie nielubiane, względnie odmawiające ręki starającemu się o nią kawalerowi. Bywało również, że zwyczaj ten przykry w swych skutkach stanowił nierzadko pewnego rodzaju zemstę osobistą wynikłą w różnych sporach sąsiedzkich lub wreszcie jest to zwyczaj czynienia radości i uciechy to robiącym i przypomnienia o przeminięciu połowy czasu postu przestrzeganego kiedyś z okrutną ścisłością, wstrzymywania się od jadła mięs, tłuszczu pochodzenia zwierzęcego, a nawet mleka. Jadano potrawy chude, ubogie, pozbawione wszelkiej „tłustości”, najczęściej ziemniaki kraszone olejem z tzw. „pieprzówką”.
Zwyczaj wybijania półpościa polegał na podkradaniu się zmówionych ze sobą dwóch, najwyżej trzech spiskowców, którzy cichaczem, przeważnie usmoleni sadzami dla niepoznaki, otwierali drzwi słabo oświetlonej naftową lampą izby i z rozmachem wrzucali do nie stary gliniany garnek wypełniony po brzegi popiołem.
Skutki takiego „żartu” łatwo było przewidzieć! Ciśnięty z rozmachem i siłą garnek pękał, a zawarty w nim popiół wzbijał się tumanem w całej izbie, zalegając przy opadaniu wszystko co się w niej znajdowało. Złośliwi, dosypywali często do popiołu sadzy, o których działaniu nie trzeba wspominać.
Pierwsza niedziela Wielkiego Postu byłą kiedyś okazją, dziś zaginioną zupełnie, do przypinania szczególnie panienkom, a także i kawalerom tzw. „Kloców”.
Po wyjściu z kościoła, po nabożeństwie zwanym sumą, było zwyczajem młodzieży spacerowanie po ulicy głównej Sadownego, podczas którego spotykano się po tygodniowym często niewidzeniu, rozmawiano, śmiano się, zawierano znajomości, które niejednokrotnie kończyły się po zakończeniu postu w drugi dzień Wielkanocy złączeniem na ślubnym kobiercu.
Otóż wtedy młodzi chłopcy ustroiwszy przedtem przygotowane pod różnymi postaciami „Kloce”, przypinali je cichaczem sprytnie i zręcznie przechodzącym pannom i kawalerom, którzy nic o tym nie wiedząc paradowali po Sadownem z takimi „ozdobami” ku uciesze ich autorów, jak i też innych. „Kloce” były zazwyczaj bardzo pomysłowo robione i przedstawiały postaci ludzi – pajaców lub zwierzaków – małp, a nierzadko śledzi z papieru albo naturalnej postaci, przypominających okres postu.
Okres kościelnego Wielkiego Postu jest bowiem jeszcze dziś czasem wstrzemięźliwości naszego ludu, zwłaszcza starszych, od potraw mięsnych w dni na to wyznaczone. Nie jest już okresem przestrzeganym jak kiedyś z całą surowością przez wyżej wspomniane wszystkie dni prawie siedmiotygodniowego czasu aż do Świąt Wielkanocnych.
Podobnym okresem wstrzemięźliwości był dawniej i rzadziej dziś przestrzegany okres Adwentu, rozpoczynającego się w pierwszą niedzielą po św. Katarzynie. „Święta Katarzyna Adwent rozpoczyna” pozostało jeszcze do dziś dawne porzekadło.
W okresie tak Wielkiego Postu jak i Adwentu nie wolno było zawierać małżeństw kościelnych, a nawet, jak mówią o tym opowieści starszych, zabroniony był zwyczaj „chodzenia” kawalera do panny. Z tamtych to właśnie czasów pozostał u nas piękny obyczaj wygrywania w okresie Adwentu na długiej, drewnianej trąbie zwanej u nas „ligawką”.
Granie na ligawce miało być bowiem wyrazem pamięci i tęsknoty młodego chłopca za ukochaną, który żałościwym i przeciągłym głosem smutnie zawodzącej ligawki, powiadamiał swą wybrankę, że o niej pamięta, myśli i tęskni.
Zwyczaj ten dziś już prawie zanika. Do wielkiej rzadkości należy już teraz w Sadownem i dla pielęgnowania tradycji jest uprawiany i podtrzymywany przez jego mieszkańca Stefana Skarpetowskiego.
Ligawka jest długą, około 2 metrów trąbą wykonaną własnoręcznie przez grającego z drzewa olszowego, odpowiednio obrobionego, wydłubanego i złożonego na smołę celem jej uszczelnienia i obłożona dla wzmocnienia konstrukcji drewnianymi lub metalowymi obrączkami. Całość stanowi przypominający lekko wygięty róg wielkiego zwierza.
Podczas gry w Adwencie, ligawka, aby była szczelniejsza i wydawała donośniejszy i czyściej brzmiący głos, polewana jest wodą, która zamarzając okrywa ją szklistym lodem.
Zwyczaj ten zaliczyć już można do całkowicie zanikających i sądzić należy, że w najbliższym czasie zniknie całkowicie z naszego terenu, ponieważ młodzież obecna nie wykazuje tym zwyczajem zupełnego zainteresowania, a przeciwnie wyraża niejednokrotnie z tego drwiny i całkowite zobojętnienie.
Trwający w dawnych czasach na naszej ziemi zwyczaj „Andrzejek” obecnie również nie jest już prawie kultywowany przez naszą młodzież. Dla podtrzymania jedynie tradycji ludowych i pielęgnowania ich swoistego folkloru, a może nawet i ciekawości, młodzież sadowieńskiego Liceum Ogólnokształcącego pod kierunkiem niektórych wychowawców organizuje niekiedy wieczory andrzejkowe.
Przybierają one wtedy charakter nastroju uroczystego pełnego tajemniczości o gusłach i przesądach wróżb oraz niezachwianej wiary w obrzęd lania wosku na wodę i wielu innych zwyczajów.
Przeważnie w wigilię do dnia św. Andrzeja, przy przytłumionym świetle, zebrane wokół miednicy z wodą dziewczęta, lejąc na wodę roztopiony uprzednio wosk, wpatrują się w różnorakie twory rozlicznie uformowanych kształtnych i bezkształtnych postaci wróżących według życzeń uczestniczek o losach przyszłych, przepojonych naiwną nadzieją sprawdzania się tych przepowiedni. Często dla wydobycia większych efektów kształtowania się wymarzonych postaci, odlane z wosku figurki ustawia się naprzeciw lampy i powstające w ten sposób na ścianie cienie układają się w najprzeróżniejsze formy wyimaginowanych nieraz baśniowych postaci. Działa tu jednocześnie podniecona mocno wyobraźnia dziewcząt, potęgująca domysły i kształty formujących się na ścianie cieni.
Innym andrzejkowym zwyczajem było puszczanie na powierzchnię wody w misce lub talerzu dwóch wytartych do suchości igieł, które krążąc wokół naczynia rozchodzą się od siebie lub stykają ze sobą. Myśląca uporczywie wtedy dziewczyna o swym wybranym, pilnie wpatruje się w pływające igły i po upływie określonego czasu – jeśli igły zetkną się ze sobą ma to być nieomylnym omenem zamążpójścia, jeśli zaś się rozejdą rozejdzie się według pisanych losów również i para młodych.
W ten sam wieczór oprócz powyższych zwyczajów istnieją jeszcze inne, które z reguły w ogólności mają być wróżbami o losach życiowych dziewcząt wiejskich. Przy obrzędach tych nieraz asystują chłopcy, z których niejedni również próbują zaspokojenia swej wrażliwej ciekawości o przyszłych losach erotycznych.
Oto następny z nich każe ustawić w szeregu na wyznaczonej na podłodze kredą linii wszystkie znajdujące się na wieczernicy dziewczęta i w jednakowym momencie, każda z nich przykładając szybko stopę do stopy stara się jak najszybciej dotrzeć do wyznaczonej kredą na podłodze drugiej linii. Oczywiście, która z nich pierwsza przekroczy stopą linię szczęścia ta według „wszelkich znaków na ziemi i na niebie” wyjdzie pierwsza za mąż. Kolejność zamężcia dla innych wynika naturalnie z kolejności przybycia na wyznaczoną kredą metę.
Ciekawym także był zwyczaj wróżby przyszłości losów przeznaczenia dziewczyny za pomocą następujących rekwizytów: trzech spodeczków lub talerzyków, różańca, czepka i obrączki ślubnej pożyczonej zazwyczaj od szczęśliwie żyjącej w małżeństwie starszej wiekiem mężatki.
I ten zwyczaj jak poprzednio ciekawy i pełen tajemniczości wprowadza żądne poznania swoich losów życiowych dziewczęta w atmosferę czasów i wierzeń graniczących z zapomnieniem świata zewnętrznego i realnie istniejącego.
Delikwentka, która na podstawie tej wróżby ma się dowiedzieć o losach swego przeznaczenia wychodzi z izby, a w tym czasie pozostałe kładą pod trzy spodeczki wspomniane wyżej przedmioty. Z obawą godną podziwu, a nawet szczerym przestrachem i niekłamanym przeżyciem, dziewczyna podnosi jeden z nich, aby dowiedzieć się co się pod nim kryje. Jeśli znalazła różaniec zostanie zakonnicą, jeśli czepek – starą panną, jeśli natomiast obrączkę, o której każda skrycie marzy – uśmiech radości okrasza jej oblicze, bo właśnie ona wróży niezachwianie szczęśliwe zamężcie.
Następnym także andrzejkowym zwyczajem był stosowany sposób na określenie imienia przyszłego męża.
Z uwitych kilku lekkich pakułowych gałeczek, każda z nich otrzymywała imię znanego dziewczynie chłopca. Następnie własnoręcznie podpalała je zapałką, dmuchając na każdą z nich tak, by wzniosły się one do góry. Która z nich uniosła się najwyżej, ta wróżyła o imieniu przyszłego męża.
Innym, znanym, stosowanym często w naszym regionie zwyczajem obchodzonym w noc św. Andrzeja byłą wróżba o mężu jakim on miał być.
Po wyjściu z chaty dziewczęta po kolei chwytały za pierwszą lepszą sztachetę w płocie. Pomyślawszy naprędce jakąkolwiek cyfrę, liczyły od wybranej sztachety następne aż do kolejności pomyślanej cyfry. Następowało teraz baczne jej obejrzenie, ponieważ wyliczona sztacheta miała stanowić obraz przyszłego męża. Jeśli była ładna, prosta – takim miał być jej mąż, jeśli była krzywa, powyginana – obrazowała kształty wyznaczonego losem wybrańca, jeśli zaś była stara, kiepska, spróchniała lub zmurszała, wskazywała nieomylnie o mężu starym, niedołężnym, najczęściej zramolałym starcu.
Także zwyczajem powiązanym z tą samą tematyką było układanie w noc andrzejkową pod poduszkę kartek z imionami znanych i lubianych przez dziewczęta chłopców. Którą z nich nazajutrz po przebudzeniu wyciągnęła ten miał być mężem dziewczyny.
I wreszcie jeszcze jednym ze zwyczajów andrzejkowych rzadziej kiedyś, dziś już zanikłym zupełnie byłą wróżba na podstawie kuleczek robionych z chleba omaszczonego zapachem słoniny lub smakowitego zwanych „Bałabuszkami”.
Przy ceremonii tego zwyczaju wszystkie znajdujące się na wieczernicy dziewczęta stawały w izbie kołem i każda naprzeciw siebie kładła na podłodze bałabuszkę. W pewnym momencie do koła wpuszczano przegłodzonego przez cały dzień psa, który po kolei chwytał łapczywie leżące na podłodze kulki.
I tu następowała zdaniem dziewcząt nieomylna wróżba o kolejnym zamążpójściu poszczególnych dziewcząt. Jeśli którejś z bałabuszek pies nie tknął, miało to być nieomylnym znakiem, że jej właścicielka pozostanie starą panną. W identycznym przypadku dla chłopca – starokawalerstwo.
Uciechy, radości i wzajemnych przy tym przekpiwań było co niemiara. Stanowiły one rzecz oczywista niecodzienną okazją do mile spędzonego czasu, bawiły zebranych i pozwalały zapominać o szarzyźnie życia dnia codziennego.
Koniec Adwentu następował w wieczór wigilijny, podczas którego odbywa się wieczerza wigilijna, zwyczaj panujący do dziś i trwający w całym kraju od niepamiętnych czasów. Wieczór ten stanowi jeden z najbardziej uroczystych w ciągu całego roku.
Przy rozświetlonej i bogato w przeróżne zabaweczki i świecidełka przybranej choince zasiadają, najczęściej z pojawieniem się na niebie pierwszej i największej gwiazdy, wszyscy domownicy przy stole nakrytym białym obrusem, pod którym według odwiecznego zwyczaju znajduje się garstka drobniutkiego siana przypominająca narodzenie Chrystusa w żłobie na sianie.
Gospodyni domu, pomna panujących obyczajów wigilijnych, przygotowuje z reguły 9 potraw bezmięsnych, zaś osób przy stole winno być zawsze do pary. Istnieje przy tym przesąd, że jeśli jest osób przy stole nie do pary, to kogoś zabraknie do przyszłej wigilii.
Jedno miejsce przy stole według od dawna panującego zwyczaju pozostawia się wolne, kładąc przy tym nakrycie stołowe. Ma ono być symbolicznym miejscem dla osoby bliskiej, która z rodziny odeszła tzn. umarła. Wytwarza się przy tym poważny nastrój skupienia i myślenia o tych, którzy z żywymi nie zasiądą nigdy przy stole wigilijnym i spożywać nie będą przygotowanej wieczerzy.
W atmosferze wielkiego skupienia i powagi głowa domu – ojciec, a jeśli takiego zabrakło, to matka – podnoszą biały talerzyk z opłatkiem, którym łamią się wszyscy życząc sobie jednocześnie spełnienia marzeń i zamiarów, dobrego, trwałego zdrowia, wszelakiej pomyślności i doczekania do przyszłej wigilii.
Podczas wieczerzy śpiewane są kolędy, których ogromna rozmaitość znana jest w naszym terenie od dawna i rozbrzmiewa do późna w nocy.
Po wigilijnej wieczerzy odbywa się w miejscowym kościele uroczyste nabożeństwo zwane pasterką, pełnie przeróżnych ceremonii kościelnych z pietyzmem pielęgnowanych do dziś.
Okres obu dni świątecznych jest okazją do wspólnych odwiedzin sąsiedzkich i rodzinnych, podczas których zebrani ucztują przy suto zastawionych stołach, kraszonych niejednokrotnie obficie lejącymi się napojami alkoholowymi.
Drugi dzień Bożego Narodzenia, jak również i Wielkanocy, jest okresem wielu odbywających się wesel, do których sposobiono się cały Adwent lub okres Wielkiego Postu.
Po Bożym Narodzeniu rozpoczyna się, licząc od jego pierwszego dnia aż do Trzech Króli, rzadko już dziś uprawiany sposób przepowiadania pogody na cały następny rok. Pogoda obserwowanych kolejno dni poświątecznych ma zdaniem wróżbitów odpowiadać pogodzie kolejno liczonych miesięcy od Nowego Roku i tak: pierwszy dzień świąt przepowiada pogodę dla stycznia, drugi tj. 26 grudnia dla lutego, 27 grudnia dla marca, 28 dla kwietnia itd. Ludzie starszej daty jeszcze dziś wierzą w nieomylność tych przewidywań i przywiązują do nich dużą wagę.
Dzień 31 grudnia, jako ostatni w roku, poświęcony jest na urządzanie największych zabaw zwanych sylwestrowymi i rozpoczyna okres Karnawału, trwający do Środy Popielcowej tj. do rozpoczęcia Wielkiego Postu.
W noc sylwestrową stosowany jest jeszcze do dziś dość przykry w skutkach zwyczaj mazania smołą klamek zamków drzwiowych i szyb w oknach. Zwyczaj ten jest pozostałością z dawnych czasów znamionujący powitanie nowego i pożegnanie starego odchodzącego w przeszłość roku. Są to równocześnie ucieszne dla ich autorów okazje do radości z umazanych smołą rąk i trudnością w zmywaniu na drugi dzień zmazanych smołą szyb okiennych, które podobno przy tym jest „trudne ogryźć smołę nawet i zębami”.
Okres poświąteczny aż do Trzech Króli był dawniej w naszej okolicy zwyczajem w urządzaniu wędrujących od chaty do chaty przedstawień pod nazwą „Herodów”.
Zwyczaj ten zaliczyć już dziś należy do przeszłości, ale jeszcze przed drugą wojną światową uprawiany był powszechnie.
„Herody” to zorganizowana i przygotowana w ciągu Adwentu grupa chłopców, którzy ucząc się specjalnego do tego przedstawienia tekstu i przygotowując odpowiednie rekwizyty, wędrowała ku uciesze licznie towarzyszącej grupy dzieci od domu do domu, pokazując widowisko herodowe trwające około 15 minut.
W skład tej obyczajowej trupy teatralnej wchodziły następujące osoby: król Herod z kilkoma dworzanami, anioł, śmierć i diabeł. Treścią tej uciesznej, lecz w treści tragicznej sztuki jednoaktowej, było oparte na przesłankach biblijnych okrucieństwo króla Heroda, który w obawie o swą koronę kazał wymordować wszystkie niemowlęta, między rzekomo którymi miał się znajdować nowonarodzony król żydowski.
Treść zasadnicza widowiska sprowadzała się do kary straszliwej jaka go za to okrucieństwo spotkała w postaci ścięcia głowy nieszczęsnego władcy przez nieubłaganą śmierć i wzięcie potem przez diabła do piekieł na zasłużone za taką zbrodnię męki i cierpienia okrutne w piekielnych otchłaniach.
Uczestnicy „Herodów” obdarowywani w każdym domu datkami pieniężnymi lub smakołykami przeróżnymi, jeśli trafiali na domową ucztę, a najczęściej dni Bożego Narodzenia, Nowego Roku i Trzech Króli.
Zwyczajem bożonarodzeniowym istniejącym jeszcze do dziś jest „chodzenie z gwiazdą” przez tzw. kolędników.
Są to zazwyczaj młodzi chłopcy w wieku lat 10 – 14, pochodzący przeważnie i najczęściej zza Bugu, w szczególności z Broku, którzy rok rocznie w tym okresie odwiedzają nasze strony, a najwięcej Sadowne i śpiewając przeróżne kolędy oczekują zapłaty za swe wniebogłosy wyśpiewane melodie kolęd i pastorałek. Jeden z nich, trzymając oprawioną na dość wysokim drążku wielobarwną gwiazdę, wewnątrz której płonie świeczka, obraca nią monotonnym ruchem dookoła, co na ogół czyni dość przyjemne wrażenie i należy do starych, dawno uprawianych w naszym regionie zwyczajów.
Źródło: „Sadowieńskie obrazy…”, Edward Sówka, 1970

