„Sadowieńskie obrazy” – Rozdział III

Ludność i zajęcia – cześć V.

W szczególności niedostatek wsi wzrósł w okresie lat trzydziestych, kiedy to nastąpił okres stale pogłębiającego się kryzysu gospodarczego.

Stosunek cen za artykuły przemysłowe, które chłop musiał kupić, był niewspółmiernie wysoki do spadających ciągle cen za płody rolne i zwierzęta wyhodowane przez rolnika. Obniżało to w sposób zastraszający stan zamożności naszych rolników.

Aby nie być gołosłownym przytoczmy za „Gazetą Świąteczną” ceny za produkty rolne i mięso z ostatnich dwóch lat przed wybuchem wojny: żyto płacono od 12 – 13 zł, pszenicę 20 zł za kwintal, owies 15 – 16, jęczmień 16 – 17, ziemniaki w kwietniu 1939 r. 4 – 4 ½ zł, w sierpniu ziemniaki młode 7 – 8 ½ zł za 100 kg, mięso wołowe od 66 do 80 gr, cielęcina 75 gr, baranina 65 do 80 gr za kg, świnie słoninowe 1 zł 24 gr, świnie mięsne 1 zł 10 gr, świnie chudsze 1 zł 02 gr za kg, litr mleka od 20 do 25 gr, masło wyborowe śmietankowe 3 zł 40 gr, wiejskie osełkowe 2 zł 50 gr za kg. Jaja w zależności od pory roku – wiosną 5 gr, zimą 8 – 10 gr za sztukę.

Tymczasem tona węgla, którym w naszej okolicy nikt nie palił, kosztowała 40 zł, kg cukru 1 zł, litr nafty 0,40 gr, zapałki 8 gr za pudełeczko, materiał ubraniowy z wełny 60% od 12 do 15 zł, z wełny 100% od 20 do 50 zł za 1 metr. Radioodbiornik głośnikowy najtańszy 3-lampowy m-ki „Echo” wytwórni państwowej – 130 zł, 4-lampowy bateryjny m-ki „Telefunken” 240 zł, co się równało cenie wysokomlecznej, rasowej, hodowlanej krowy.

Rower i lampowy radioodbiornik były wówczas na wsi unikatem. Motocykle i samochody nie brane były w ogóle w rachubę.

Dziś te sprawy przybrały całkowicie inny obrót. Rower nie stanowi obecnie żadnej atrakcji w tym zakresie, wieś jest nimi nasycona pod dostatkiem i nie ma chyba wsi, w której ten popularny dziś środek lokomocji nie liczyłby się na dziesiątki.

Miejsce roweru wypiera coraz bardziej motocykl i samochód, których coraz więcej widać na naszych ulepszonych drogach.

I przed dawnymi laty, jak również i obecnie, podstawowym środkiem gospodarskiego transportu jest wóz konny, z tą tylko różnicą, że popularnie kiedyś stosowanym wozem był tzw. żelaźniak, a obecnie wozy tego rodzaju w naszej okolicy należą już do wielkiej rzadkości i pojawienie się na drodze takiego pojazdu budzi szczere politowanie i współczucie tak dla konia, jak i jego właściciela. Nieomylnie należy stwierdzić, że tego rodzaju pojazdy przejdą wkrótce do historii, a unikalne ich egzemplarze znajda się z pewnością w ośrodkach muzealnych. Wóz żelaźniak wyrugowany został dziś całkowicie i zastąpiony przez wygodne, trwałe i lekkie w użyciu wozy ogumione. Stanowią one i dla konia i dla gospodarza niezaprzeczalną wygodę pod każdym względem.

Maszyną pociągową do uruchomienia młockarni i nieraz sieczkarni był sprzężony siłą nieraz aż 4-ech koni kierat zwany w innych stronach kraju maneżem. Na posiadanie takowego z uwagi na bardzo wysoką jego cenę nie każdy mógł sobie pozwolić. Była to jedyna wówczas maszyna w gospodarstwach wiejskich mogąca zastąpić siłę mięśni ludzkich, wprawiająca w ruch inne maszyny.

Dziś po zelektryfikowaniu naszego terenu (rok 1958) kierat stał się już przeżytkiem i zastąpiony został silnikiem elektrycznym lub spalinowym.

Powiedzenie: „niech się maszyna poci a nie człowiek” nabiera w dobie dzisiejszej szczególnego znaczenia i wyrazu.

Rolnicy z coraz większym zrozumieniem i przekonaniem podchodzą do tych spraw, uświadamiając sobie, że zastosowanie maszyn wyręczających pracę mięśni ludzkich oszczędza siły człowieka, jego cenne zdrowie i przedłuża życie.

Zmienił się również i sposób życia mieszkańców naszego terenu.

Znikają powoli stare, kryte słomą, niskie chaty. Wygodnie i estetycznie urządzane są wnętrza domów nowych, budowanych z cegły lub pustaków i daleko odbiegają od stanu jaki tu istniał dawniej i w okresie przedwojennym.

Wystarczy tylko przejrzeć faktury zaopatrzeniowe miejscowej Spółdzielni aby się przekonać jak wielkie zapotrzebowanie istnieje na nowoczesne, wygodne i estetyczne meble, które wędrują z magazynów spółdzielczych do mieszkań wiejskich, aby w nich spełniać rolę wygodniejszego niż kiedyś życia.

Mieszkańcy naszych wsi, przyznać trzeba, lepiej się ubierają, rozsądniej odżywiają, dbają bardziej o zdrowie, stąd też rokrocznie spada śmiertelność szczególnie wśród dzieci i niemowląt. Podnosi się stan zdrowotny, wzrasta kultura osobista dnia codziennego, podnosi się stan zamożności.

Już dziś nie spotkamy zgrzebnych koszul, a do rzadkości należą krosna, przy których tylko gdzieniegdzie kobiety starej daty próbują tkać już nie materiały użytku osobistego, lecz z resztek szmat ciętych na wąskie paseczki – pasiaste chodniki do pokrywania podłóg w domach.

Len wyhodowany na zagonie nie obrabiany już jest przez kobiety, lecz jako produkt wytwórczy kontraktowany i przekazywany jest do punktów skupu w Gminnej Spółdzielni.

W sklepach tekstylnych jest dziś pod dostatkiem materiałów lnianych, bawełnianych, jak również z wełny czy też elany.

Przeróbka lnu i wełny nie opłaca się dziś gospodyniom wiejskim. Gotowe wytwory z tych surowców w pełni zadowalają konsumentów, a ich bogaty wybór zaspokaja najwybredniejsze gusty. Podobnie wygląda sprawa z obuwiem i wszelkimi towarami i materiałami codziennego użytku.

Znikomy procent ludności naszego terenu stanowią rzemieślnicy i pracownicy umysłowi. Tak było dawniej i tak jest w czasach dzisiejszych.

W czasach dawniejszych należeli do nich rządcy lub dzierżawcy folwarków, z których wymienia się rodziny: Paradowskich, Drozdowskich, Glinieckich, Grążewskich, Lipskich i Warszawskich.

„Wójtów początkowo zarząd kapitulnych dóbr rażnieńskich posiadał dwóch: w Rażnach i Kołodziążu zaś sołtysa posiadała każda wieś. Wszyscy za swe urzędowanie wynagradzani byli ziemią dodatkową. W Rażnach przez długi czas wójtowski urząd pozostawał w rodzinie Jesurów. Jeden z nich Wojciech Jesura w 1644 r. wydawał córkę za mąż za Mikołaja Chomętowskiego i sprawił jej sute wesele, trwające kilka dni, na którym podejmowany był cały zarząd dóbr kapituły.”

Rzuca to pewne światło na stosunki panujące wówczas i dowodzi o wysokiej zamożności urzędników kapitulnych, których dostatnie życie odbiegało daleko od życia prostaczków spełniających w tych folwarkach role chłopów pańszczyźnianych.

Po utworzeniu gminy w Sadownem jako trzeciej na naszym terenie i tu byli wójtowie, z których bardzo niechlubnie zapisał się Szczurowski, wierny sługa w wykonywaniu poleceń Zamojskiego i zaborczych władz rosyjskich. Był to podobno człowiek porywczy, gwałtowny, nie przebierający w środkach i wyrażający szczególną niechęć w stosunku do chłopów. Znany był ze swej do nich surowości i jako przedstawiciel władzy terenowej stosujący za lada przewinienie chłopskie, najczęściej niesłuszne, karę chłosty, w czasie której delikwent musiał każde razy sam odmierzać, jeśli się pomylił na polecenie Szczurowskiego porcję przez niego wyznaczoną zaczynano od początku, lub wielogodzinne stanie w „gąsiorze” albo dybach, które to w dawnym budynku gminnym (rozebranym w roku 1966) wynalazł w zakamarkach na strychu nauczyciel miejscowej szkoły Edward Sówka.

Według relacji i opowiadań zmarłego jeszcze przed wojną Jana Marcjanika z Sadownego, człowieka starego, pamiętającego tamte czasy – Szczurowski miał być jako wójt człowiekiem okrutnym, przed którym wszyscy jego podwładni drżeli i „unikali go jak ognia”. Tenże Marcjanik właśnie wspominał o częstym stosowaniu powyższych kar, a w szczególności kar chłosty, trzymania w dybach lub przetrzymywania w areszcie o chlebie i wodzie, którego za niespełnienie narzuconego mu ponad miarę szarwarku sam doświadczył.

Z innych urzędników zapisy kronikalne wymieniają pełnomocnika do spraw kolonizacji tych ziem Sójkę, który łącznie ze Szczurowskim wymierzali kolonie i zachęcali mieszkańców do ich obejmowania. Były to lata wspomnianej wyżej kolonizacji tych ziem przez Zamojskiego. Oczywiście spośród miejscowej ludności nie było chętnych i wymierzone kolonie nie miały nabywców, Zamojski sprowadził Niemców. „Sójka za pamiątkę swego w tej udziału nazwał jeden oddział kolonii Sójkówkiem i tak się odtąd nazywa.

Byli tu również na naszym terenie urzędnicy pochodzenia obcego: Austriacy, Prusacy i Rosjanie.

Jak wspomina w innym miejscu kronika kościelna: „Po rozbiorze ostatnim kraju Sadowne w 1795 roku dostało się pod zarząd austriacki. Cała część kraju między Bugiem i Wisłą nazwane Galicją Zachodnią, otrzymała nowy rząd i prawa.

Straż graniczna licznie rozmieszczona nad Bugiem w Broku, Morzyczynie, Kołodziążu, Wilczogębach i Rażnach silnie strzegła i nikogo bez pozwolenia nie puszczała.

Dobra kapitulne Rząd Austriacki zajął i swoimi urzędnikami obsadził: Niemcami, Czechami i Polakami. Pobudował domki z kamieni i cegły na glinę. W nich mieszkali znaczniejsi urzędnicy i pomieścił Komorę Celną.

Kilku oficjalistów luteranów przyjęła wiarę katolicką Zimmermann, Piwor, Kreczmer i Fuchs, których potomkowie dotąd żyją.

Jak Austriacy tak i Prusacy zza Bugu silnie strzegli granicy, nikogo nie przepuszczali, a w razie sporu używali broni, zabijali śmiałków nieposłusznych. W tych warunkach i okolicznościach wsie Morzyczyn i Płatkownica oderwane zostały na zawsze od parafii Brokowskiej i weszły w skład parafii Sadowne.

Austriacy w dobrach rażnieńskich powinności gruntowe wszystkim gospodarzom zamienili na opłatę czyli „czynsz”. Od tej pory w aktach kościelnych zapisywani są koloniści lub czynszownicy.

Żołnierze i urzędnicy nowego rządu lubili się wesoło bawić, ludność prędko się do nich przyzwyczaiła. Przyznać należy, że złego obchodzenia, ani krzywdy nie wyrządzali mieszkańcom. Podatki wybierali z całą ścisłością. Wyższymi urzędnikami administracyjnymi byli: Standrynger, Pittmann i Fuchs. Główny strażnik graniczny mieszkał w Rażnach, a w Morzyczynie i Wilczogębach przebywał Józef Galewicz.

Idąc za śladami zapisów tejże kroniki dowiadujemy się, że „w roku 1802 i następnych latach wynikły w całej okolicy groźne choroby: tyfus i krwawa biegunka, na którą pomarło wielu Austriaków, nie tylko urzędników, lecz i żołnierzy, nie mówiąc o miejscowych. Dziś znajdują na pagórkach przy kopaniu dołów wiele kości ludzkich w tych wsiach, gdzie stało wojsko austriackie. Gdzie umierali, tam ich grzebano. Przerażenie ogólne wszystkich ogarnęło. Rząd przysłał doktora medycyny Tomasza Sykozę, kilku cyrulików i doktora dentystę Ferdynanda Waltsteina na ratunek chorym. Skutek był mały. Choroby nie ustawały, ale ciągnęły się lat kilka.”

Oprócz tych urzędników, oficjalistów, wójtów i sołtysów „W aktach kościelnych chlubnie zapisane są nazwiska nauczycieli szkoły miejscowej, którą Kapituła pobudowała przy kościele dla nauki dzieci włościańskich ze swoich dóbr i opłacała nauczyciela.

Wspomina się, jak wielkim szacunkiem i poważaniem za swą pracę uczciwą byli otaczani przez ogół Adam Płoński, Tomasz Brokowski i Tomasz Obrycki.”

Byli to najprawdopodobniej pierwsi na naszym terenie siewcy oświaty, którzy, choć zależni od swoich chlebodawców i skrępowani ograniczonymi przepisami, poświęcali swe zdrowie i siły dla oświecania dzieci chłopskich i likwidowania w stopniu znikomym ciemnoty wśród ludu wtedy panującej.

Oprócz wyżej wymienionych trudniących się pracą na roli, urzędników i nauczycieli przebywali na naszym terenie handlarze i rzemieślnicy przeważnie pochodzenia żydowskiego, jak również młynarze i hutnicy.

Młynów w owych czasach w Sadownem było dwa: wodny i wiatrak. Wodny skasowano w roku 1812, a wiatrak, stojący na obecnej posesji Janiny Swieżyńskiej i Haliny Sówkowej, sprzedany został na rozbiórkę przez jego właściciela Szafrankowskiego i wywieziony w niewiadomym kierunku.

Młyn wodny położony był obok dawnego, już nieistniejącego budynku gminnego, gdzie dziś Ośrodek Zdrowia. Ślady po nim istniały jeszcze w postaci pali wbitych głęboko w dno rzeczki Bojewka i skasowane pozostały podczas regulacji tej arterii wodnej w roku 1963. Podczas niwelacji gruntów przy wznoszeniu nowego budynku dla Ośrodka Zdrowa jeden z robotników przy tym pracujący opowiedział piszącemu te słowa, że na głębokości około ½ metra natrafiono na drewniane, bardzo smole bale i deski, które bezsprzecznie należały do pozostałości po owym młynie.

Wokół tego młyna rozciągał się staw olbrzymi, po którym widnieją ślady w postaci wyraźnego zagłębienia i dość wysokich burt znajdujących się dziś na gruncie rolnika Zygmunta Sędka.

Trzecim młynarzem w Sadownem był niejaki Lewandowski, przybysz z niewiadomych stron, który pobudowawszy na placu, gdzie dziś internat Liceum Ogólnokształcącego, młyn z napędem silnika spalinowego w roku 1923 i po wysokim podobno jego ubezpieczeniu w jednym z towarzystw ubezpieczeniowych zagranicznych, sam go, według potem długo krążących wersji, podpalił i otrzymał bardzo wysokie za niego odszkodowanie. Stało się to dnia 1 kwietnia 1925 roku. Z młyna tego mieszkańcy Sadownego mieli otrzymać światło elektryczne, co wówczas stanowiło ogromną osobliwość i atrakcję. Założona już była w wielu domach instalacja przewodowa, zaś na piaszczystej jeszcze wtedy ulicy Kościuszki stały słupy oświetleniowe, które przez pewien okres czasu rozjaśniały mroki Sadownego.

Czwartym z kolei młynarzem był Leon Czarkowski, którego młyn z napędem silnika spalinowego przetrwał do czasów obecnych. Dziś stoi on, jakby w zapomnieniu, niszczeją w nim maszyny i budynek, a szkoda, bo mógłby on po niewielkim remoncie służyć miejscowym rolnikom, jak czynił to przedtem przez długie lata.

W gruntach ziemi Sadownego, a szczególnie w południowej jego części, w okolicach Jegla, występuje ruda darniowa. Obecność tego surowca na naszym terenie skłoniła właściciela tych ziem Zamojskiego do likwidacji młyna wodnego i pobudowania obok niego hutniczych pieców do wytapiania tej rudy. Zatrudniono przy tym odpowiednich fachowców i od roku 1811 rozpoczęto wytopy.

Piec te nie trwały długo i ze względu na niską procentowość żelaza w tej rudzie, z braku opłacalności zlikwidowano je w roku 1817,a miejsce, w którym stały, do dziś nazwane jest Kuźnicą.

Dzisiejsza ludność terenów sadowieńskich to tak, jak i dawniej w przeważającym procencie ludność rolnicza, uszczuplająca się obecnie z względu na gwałtowny rozwój przemysłu i w związku z tym odpływ pokaźnego procentu ludności do miasta. Nieliczni tylko pozostają na ojcowskim zagonie, duża natomiast ilość młodych, kształcąc się w szkołach różnego typu, po ich ukończeniu opuszcza wieś i znajduje zatrudnienie w ośrodkach przemysłowych, urzędach, szkołach i innych instytucjach na terenie niemal całego kraju.

Ten wielki pęd do emigracji ze wsi skłania chwilami do poważnych rozmyśleń i obaw o brak w niedługim już czasie rak do pracy na roli.

Bujny rozkwit życia społecznego, kulturalno – oświatowego, handlowego i gospodarczego w ostatnich latach włodarzenie Polski Ludowej według nowego, socjalistycznego modelu polityczno – gospodarczego rozszerzył i rozbudował możliwości zatrudnienia ludzi na naszym, zacofanym dotąd pod wieloma względami terenie.

Tylko Spółdzielnia „Samopomoc Chłopska” w Sadownem zatrudnia łącznie ponad 50 osób, które wykonują czynności jako pracownicy umysłowi jej biura, magazynierzy, zaopatrzeniowcy, sklepowi, masarze i wielu innych.

Ośrodek Zdrowia, Kasa Spółdzielcza, posterunek MO, Leśnictwo, Przedszkole, prywatne sklepy i piekarnie to również ośrodki zatrudniające kilkadziesiąt osób w różnych dziedzinach pracy.

Obie szkoły: Szkoła Podstawowa i Liceum Ogólnokształcące łącznie z internatem zatrudniają 29 nauczycieli i około 20 osób personelu administracyjno – gospodarczego. Wzrasta stopień organizacyjny tych czołowych w naszym terenie placówek oświatowych i pozwala przypuszczać o jeszcze większym w nich osób zatrudnieniu.

W rejonie szkolnym szkół naszego terenu poza Sadownem zatrudnionych jest łącznie z personelem administracyjnym około 60 osób.

Pokaźne to wszystko cyfry dające obraz zatrudnienia ludności regionu sadowieńskiego w ostatnich, rozwijających się coraz bardziej, z rokiem każdym, terenów nam bliskich i serdecznie miłowanych.

Od najdawniejszych czasów ludność tu zamieszkująca posiadała swoje zwyczaje i obyczaje. Dziś niestety są one rugowane przez napływ nowego, współczesnego życia, dyktującego nowe prawa i zwyczaje, które daleko odbiegają od form życia dawnego, jego zwyczajów, obrzędów i obyczajów.

Inny całkowicie charakter mają dzisiejsze wesela urządzane nieraz suto i dostatnie, lecz ubogie zupełnie w pieśni i obrzędy stosowane kiedyś powszechnie.

Nie odbyło się dawniej weselisko trwające nieraz po kilka dni bez oczepin czy „małego tańca”. Rozliczne okolicznościowe pieśni i przyśpiewki urozmaicały swym bogactwem treści i melodii atmosferę tych wesel. W Sadownem znaną była i ciągle chętnie na każde wesele i inne uroczystości zapraszaną niejaka Kamińska, żona powstańca 1863 roku, która swym przebogatym repertuarem na każdą okoliczność i dla każdego potrafiła rozweselać uczestników nieraz po kilkanaście godzin z małymi przerwami. Była ona jednocześnie organizatorką wszelkich obrzędów i zwyczajów w tych okazjach, jak również spełniała przez wiele długich lat funkcję tzw. „babki” odbierającej porody, przez co wśród miejscowych kobiet darzona była dużym szacunkiem i zaufaniem.

To właśnie Kamińska była również organizatorką smutnych obrzędów pogrzebowych w każdym niemal domu. Pod jej kierunkiem zbierało się szerokie grono starszych kobiet, które dla podniesienia i dodania chyba tylko żałości rodzinie zmarłego w wieczór poprzedzający wyprowadzenie zwłok z domu żałoby, śpiewały głosem żałosnym i przenikającym przeróżne pieśni żałobne nieraz do późnej nocy.

Tego rodzaju kobiety, rzadziej mężczyźni, stanowili nieodzowny czynnik w organizowaniu przyjętych tu powszechnie, prawdopodobnie przeniesionych z ziemi kurpiowskiej ze względu na swój autentyzm, pieśni, przyśpiewek, zwyczajów i obyczajów, które jak wyżej powiedziano zanikły prawie zupełnie.

Nie ma ich już dziś, a przyznać trzeba, stanowiły wspaniałą okrasę zabaw, wesel, chrzcin, dożynek i innych uroczystości wiejskich.

Dziś ich miejsce zajęła płynąca strugami wódka, która często staje się przyczyną i powodem wielu smutnych w swych skutkach awantur, burd i bijatyk kończących się niejednokrotnie żałosnym finałem na ławie sądowej.

Do nierzadkich wypadków należą dziś wybryki szczególnie młodzieży, która z przykrością stwierdzić trzeba coraz częściej, a chwilami nagminnie zagląda do kieliszka dającego chwilową podnietę i zapomnienie, podczas którego popełnia niewybaczalne często wybryki, tragiczne nieraz w skutkach.

Mimo ciągłego w zakresie wychowywania i uświadamiania młodzieży w szkołach o szkodliwości nie tylko społecznej, lecz i zdrowotnej alkoholu, pijaństwo panoszy się coraz bardziej i przybiera zastraszające skutki. Poważną w tym winę ponoszą chyba starsi, którzy młodych niedorostków częstują nieraz wódką.

Źródło: „Sadowieńskie obrazy…”, Edward Sówka, 1970