„Sadowieńskie obrazy” – Rozdział III
Ludność i jej zajęcia – część IV.
Na miejsce wywiezionych przez Hitlera kolonistów już podczas ciężkiej i bardzo mroźnej zimy z 39 na 1940 rok zaczęli tu napływać ogołoceni ze wszystkiego, bez żadnego majątku wysiedleńcy polscy z Pomorza i Poznańskiego, którzy pod presją władzy hitlerowskiej musieli tam opuścić swoje nieraz poważne majętności z drobnymi zaledwie węzełkami w rękach.
Bardzo trudne i nad wyraz ciężkie było życie tych nieszczęśników w pustych, zimnych, najczęściej bez okien i drzwi domostwach poniemieckich. Tylko dzięki braterskiej pomocy miejscowych i poniżającej boleśnie jałmużnie przetrwali te pierwsze, najcięższe chwile i stopniowo, powoli zaczęli organizować smutne i tragiczne życie wygnańców, ofiar wandalizmu hitlerowskiego.
Przeżywszy okres okupacji wysiedleńcy ci powrócili napowrót po wyzwoleniu ich ziem w roku 1945 do owych rodzinnych stron, a opuszczona przez n ich ziemia poniemiecka została zgodnie z założeniami Lipcowego Manifestu z 1944 r. rozdana z reformy rolnej inwalidom wojennym, repatriantom, chłopom bezrolnym lub małorolnym i służbie folwarcznej z naszych i innych okolic.
Oprócz polskiego i niemieckiego elementu ludnościowego zamieszkiwali w dużym procencie w Sadownem, a rzadziej we wsiach okolicznych, również i Żydzi. Napłynęli oni w te strony z różnych stron kraju i miast w okresie XVI i XVII wieku, jak również liczniej w pierwszych dziesiątkach lat XIX wieku, zajmując się przeważnie handlem i rzemiosłem.
Nie zdarzyło się słyszeć ani widzieć, aby który z nich zajmował się pracą na roli, natomiast chętnie i ochoczo oddawali się rzemiosłu i w przeważającej części prowadzili detaliczny handel sklepowy i wędrowny.
Element żydowski szybko się rozwijał i jego stan liczebny w samym tylko Sadownem dochodził w ostatnich latach przed tragiczną dla nich wojną do prawie 40% ogółu ludności.
Kataklizmem dla Żydów sadowieńskich stał się rok 1939. Wielu z nich hitlerowcy wymordowali we wrześniu, część rozproszyła się po wschodnich terenach kraju lub przedostała się poza linię demarkacyjną stworzoną w 1939 r. do Związku Radzieckiego, zaś pozostała część tej ludności kryła się przez około półtora roku w własnoręcznie zrobionych bunkrach podziemnych w pobliskim Jeglu, aby w grudniu roku 1942 paść ofiarą pogromu hitlerowskiego, z którego nikt żywy nie uszedł.
Jak więc widzimy, ludność ziemi sadowieńskiej w okresie wcześniejszym i w okresie międzywojennego dwudziestolecia składała się w lwiej części z Polaków, potem Niemców – kolonistów i Żydów oraz urzędników austriackich i rosyjskich podczas zaboru.
Głównym zajęciem tak ludności polskiej, jak i niemieckiej, było rolnictwo, zaś ludności żydowskiej handel i rzemiosło. Handel do roku 1939 znajdował się w przeważającej części w rękach żydowskich. Wystarczy nadmienić, że na istniejących przed wojną 41 sklepów, łącznie z piekarniami i masarniami, było 12 sklepów polskich, resztę stanowiły sklepy żydowskie.
Posiadaczy większych gospodarstw, powyżej 20 ha, nie było. Sporo było gospodarstw karłowatych od 0,50 do 2 ha, najwięcej zaś średniorolnych od 3 do 7 ha. Były to na ogół gospodarstwa biedniackie, często niesamowystarczalne, w których nierzadkim gościem był niedostatek, a nawet w latach wylewów Bugu, posuchy i nieurodzajów – przykra bieda.
Jako obraz minionej niedoli nadbużańskich chłopów z lat dawnych, około roku 1650 po najeździe szwedzkim, niech posłuży wyjęty z kroniki miejscowego kościoła wiersz pisany przez ówczesnego plebana, malujący biedę swoich parafian, który przytaczam w całości:
„Zimą tęsknisz do lata, latem skwar ci dopieka,
Wiosną woda bużna oknem ci wchodzi,
Zawsze wzdychać do czegoś to dola człowieka,
Nocą z łoża uciekaj, bo cię woda budzi.
Do połowy maja woda z pół nie schodzi,
Rola miasto żyta, grochu – chwasty, trawy rodzi.
Dziesięciny nie wybieram od parafian
Woda ich powtórnie zalała na święty Jan.
Lud sam głodny nie ma krescencji,
Przepadła dla nas nadzieja egzystencji.
Razem biadamy w smutku i niedoli,
Pociechą tylko poddanie się Bożej woli.
Ma Rażniak nadzieję, że rybę w wodzie schwyci
Dalejże na czółno: stawia wąciory i sieci.
Chytra ryba wąciory i sieci mija
Próżno je podnosi wyciągając szyję.
Dla zysku pewniejszego pędzi na topiele
Czółno się przewraca – gotowe ma kapiele.
Ledwie życie ocali, wraca do siedziby
Idzie głodny z torbą na sękarskie grzyby.
I tu miasto grzyba masz muchary, kanie.
O biedny Rażniaku, próżno twe szukanie!
Wybiera się znowu na szczawik pod lasem
Aż tu wół, owca, zając już je zżął tymczasem,
Oszukany Rażniak wraca do siedziby
Bez szczawiku, grzyba i ryby.
Żona mu zgotowała domowego kwasu
Aby głód zaspokoił do pewnego czasu.
Myśli o jutrze, sen powieki nuży,
Zasypia, wnet się budzi i dąży do Brzuzy
Tam nabyć żyta, grochu lub trochę pszenicy
Bo w spichrzu i dla nas mają kanonicy.
Idzie z powrotem, ma wszystkiego potrochu
Cieszy się żona, dzieci wiedząc, że najwięcej grochu.
Woda, wilgoć, zimno – to przysmak nad Bugiem,
Nikt się tu nie chełpi żywotem długim.
Reumatyzmy, artretyzmy – to choroby główne
Wtrącają przed czasem Rażniaków w groby.
A gdy cholery, ospy, odry, tyfusy grasowały
Całe domy nieraz pustką zostawały.”
A oto drugi, tegoż autora rzucający światło na nieświadomość naszych przodków – rolników szukających w biedzie zapomnienia o swej smutnej i ciężkiej nieraz doli w kieliszku okowity:
„Był w Rażnach arendarz na imię miał Całka.
Dowodził, że w chorobie lekarstwo to silna gorzałka
Rażniacy słuchali, pili co niemiara,
Ginęli jak muchy z trucizny muchara.
Lecz i całki nieszczęście dotarło
W jednym dniu żona Ryfka, syn Mojsie – dwóch Żydów zmarło.
Przestał radzić, uciekł z bólem
W Broku się osadził.
Doświadczył on na sobie, jak ludziom źle radził.”
O chwilach i latach nie najlepszego nieraz życia naszych przodków wspomina często kronika parafialna i przedstawia te fakty w sposób realny, prawdziwy, zgodny z autentyzmem smutnej ich doli.
Między innymi znajdujemy tam wspominek o tym, jak to „W Rażnach – Suć mieszkał gospodarz Jan Koroś z małżonką Agnieszką z Krychów, trzeźwy i pracowity, a pomimo tego doznający często rozmaitych niedostatków. W roku 1852, po ścisłym poście, który zachowywał nawet do późnej starości (zmarł 8.XI.1912r., mając lat 92), chciał sobie święta Wielkanocne według zwyczaju przygotować, a tu ani grosza w kieszeni, ani wyruszyć z domu, gdyż woda naokoło siedzibę otoczyła. Przypomniał sobie ojcowską fuzyjkę, którą oczyściwszy wziął z sobą do czółna i na bużne wody wyruszył, by choć rybkę na święta zdobyć. W bliskości spostrzegł stado gęsi – strzela, zabija dwie. Wraca do domu uszczęśliwiony, aż tu widzi płynącą beczułkę, a że ciężka była – sprowadza na mieliznę i wciąga do czółna. Przywiózłszy do domu, wierci w niej dziurkę i przekonuje się, że to świetna wódka. Wyprawia więc nasz Koroś sute święta i sąsiadów swych obdarzył wódką”.
Tak oto klepiący biedę mieszkaniec Rażen okrasił swe smutne życie znalezioną w powodziowych wodach Bugu gorzałką, która jak z tego widać stanowiła w wielu przypadkach atrybut pocieszenia w momentach niedoli i strapienia.
Lubowanie się w nadmiernym nieraz piciu wódki należy do przykrych i niesławnych wspomnień przytaczanych wyżej kroniki kościoła parafialnego w Sadownem.
Istniejące w wielu większych wsiach karczmy będące własnością hrabiego wynajmowane były w arendę Żydom – karczmarzom, którzy zabiegając o jak największe dochody nie dbali zupełnie o zdrowie swych klientów, lecz na odwrót – zachęcali do jej spożywania, aby przez wysokie obroty ciężko zapracowanym chłopskim groszem pomnażać rosnące ciągle zyski.
Karczmy wówczas spełniały jak wiadomo rolę jedynych dla chłopstwa miejsc rozrywek. Tam skupiało się z reguły całe życie towarzyskie. W niedziele i święta „karczmy były przepełnione ludem. Żydzi szynkarze dla zwabienia gości najmowali grajków i muzyka grzmiała do późnej nocy, a lud pił i marniał na ciele i duszy”. Pijaństwo, jak wspomina dalej kronika, „było rozpowszechnione”. Podczas wizytacji kanonicznej 28.X.1810r. biskupa lubelskiego ks. Wojciecha Skarszewskiego „w nauce do parafian zgromił on pijaństwo, bowiem w aktach znalazł, że Rozalia Czarnacka z Rażen i Wawrzyniec Zbrzeżny z Sadownego z pijaństwa pomarli w karczmie”.
Najprawdopodobniej wódka stanowiła wtedy już nie tylko okazję do rozrywek, lecz na pewno była przedmiotem zapomnienia naszych przodków w nie wesołej ich doli i pod wpływem jej zamroczenia szukali w niej pociechy na biedę i niedostatek.
Ówczesne karczmy stanowiły jednocześnie nie tylko miejsca uciech i zabaw dla ludzi. Były to wtedy jedyne miejsca, w których odbywały się wszelkie ważniejsze uroczystości domowe i rodzinne. Tu organizowano wesela, chrzciny, stypy pogrzebowe, a nawet dożynki, zrękowiny i zabawy odzieży okolicznej, która wzorem starszych nie tylko ochoczo tańczyła w takt skrzypiec i basetli, lecz jawnie lub cichaczem poza ścianami karczmy próbowała smaku śmierdzącej i gorzkiej okowitki.
Budynki karczemne były zazwyczaj obszerne, budowane z drewna, kryte gontem. Posiadały wewnątrz oprócz izb mieszkalnych dla karczmarza również pomieszczenia gościnne dla przejezdnych oraz stajnie i szopy na wozy i sprzęt podróżny. Głównym ich pomieszczeniem była obszerna, a nawet ogromna izba karczemna, w której pod jedną ze ścian stały półki z butelkami i szynkwas, zza którego Żyd – karczmarz sprzedawał produkty swego zyskownego i nader intratnego interesu. Pod ścianami dokoła tej ogromnej izby stały długie sosnowe stoły z ławami do siedzenia dla konsumentów. Środek izby był wolny, przeznaczony zazwyczaj do tańców. Okna tych budynków były małe, oszklone drobnymi przeważnie sześciu szybkami. Drzwi szerokie, niskie z wysokim progiem.
Do dnia 9 września 1939 r. na niewielkim pagórku, dziś już doszczętnie zniesionym, na zakręcie ulicy Kościuszki w pobliżu kościoła wznosił się olbrzymi, w formie wydłużonego prostokąta, stary, pamiętający dawne czasy budynek karczemny (ostatnia własność Józefy Chełchowskiej). Podczas niszczenia Sadownego przez wkraczające wojska hitlerowskie został wraz z innymi do niego przyległymi spalony doszczętnie. Szkoda wielka, bo byłby on dzisiaj zabytkiem świadczącym o czasach dawnych, bezpowrotnie minionych.
Do smutnych i tragicznych dziejów przeszłości naszej ziemi i ludu na niej mieszkającego zaliczyć trzeba lata nieszczęśliwe, obfitujące w pożogi, choroby zaraźliwe, mokre lata, nieurodzaje i zniszczenia spowodowane napadami wojennymi złych sąsiadów. Takimi były lata: 1650, 1651, 1652, 1653, 1654, 1655, potem 1704, 1710, 1812 i 13, 1831, 1833, 1847, 1848, 1852, 1855 i 1888.
Były to lata klęsk przeróżnych, z których najgroźniejsze wymienia kronika parafialna: :straszne choroby, epidemie morowego powietrza”, wylewy bużne, które często sprowadzały nieurodzaje, głód tak, że ludzie zielsk różnych używali na pokarm, niekiedy nadużycie alkoholu, brak opieki lekarskiej przy trudnej komunikacji – a okaże się ogrom niedoli ludzkiej”.
Około roku 1860 ludność tych terenów zaczyna stopniowo powiększać się i liczebność jej stale wzrasta.
Od tej pory ze względu na coraz bardziej przeludniające się rodziny datuje się wędrówka ludności miejscowej w różne strony kraju i świata. Jest to okres coraz większego przeludnienia i ubożenia wsi, których mieszkańcy w obawie przed nędzą na niewielkich skrawkach ziemi emigrują do miast, a szczególnie Warszawy, by tam zdrowie swoje, siły i pracę sprzedawać bogacącym się ich pracą fabrykantom i przemysłowcom nieprzerwanie rozwijającym swoje intratne majętności. Stanowili ci robotnicy ówcześnie powstającą i tworzącą się w ośrodkach przemysłowych warstwę społeczną zwaną proletariatem.
Wielu takich także rodaków naszej ziemi emigruje w poszukiwaniu chleba do dalekich, zamorskich Stanów Zjednoczonych Ameryki Płn. Potomkowie ich żyją tam do dnia dzisiejszego i nieraz odwiedzają swych krewniaków.
Po roku 1880 wiele rodzin osiedliło się na Wołyniu i tam wśród obcego elementu wiedli twardy żywot osadniczy.
Ci właśnie emigranci otrzymując nieraz spłatę przypadającą im z ojcowizny wędrowali przez nasze tereny, pozostali zaś dziedziczyli liche, kilku lub kilkunastomorgowe gospodarstwa i wzorem swoich ojców pracowali na nich dla utrzymywania skromnego żywota.
Sposób gospodarowania w ogólności był tradycyjny, trzymający się niewolniczo starych form opartych na wzorach swych przodków. Przy tego rodzaju formach trudno było spodziewać się poważniejszych wydajności ziemi, której jakość i struktura z wyjątkiem Kołodziąża i miejscami w Morzyczynie, Rażnach i Płatkownicy, określa się jako gleby liche, często podmokłe lub piaszczyste. Zasilanie gleby dla zwiększenia jej wydajności odbywało się przeważnie obornikiem – bogaciej jeśli w zagrodzie było więcej inwentarza żywego, a za tym i więcej obornika i skromniej lub zupełnie ubogo jeśli tego obornika nie było pod dostatkiem.
Z biegiem czasu i rozwoju przemysłu zaczęto stosować na naszych terenach dopiero w czwartym dziesiątku obecnego stulecia nawozy sztuczne, które jak każda nowość przyjmowały się ostrożnie z dużą nieufnością do ich faktycznej wartości.
Podstawowymi płodami uprawianymi przez naszych rolników powszechnie były kiedyś i są obecnie ziemniaki i żyto. Siew pszenicy udawał się nieraz tylko na glebach zwięźlejszych.
Maszyn rolniczych nie znano zupełnie. Siew odbywał się ręcznie „z płachty”. Przy uprawie roli posługiwano się pługiem, częściej sochą, radłem, gracą i broną przez wiele dziesiątków lat drewnianą, a dopiero później żelazną.
Maszyny żniwne i łąkarskie nie znane tu były zupełnie. Jeszcze w latach dziesiątych i dwudziestych posługiwano się sierpem, potem sprzęt zbóż i siana odbywał się przy pomocy kos.
Omłoty zbiorów jeszcze w latach dwudziestych i trzydziestych obecnego stulecia odbywały się przy pomocy cepów, które głucho dudniły na klepiskach stodolnych od wczesnej jesieni przez całą zimę, nieraz do wczesnej wiosny. Do wielkiej rzadkości należały młockarnie poruszane końmi za pomocą kieratu. Ilość tych maszyn w latach tuż przedwojennych można było dosłownie policzyć na palcach. Tylko nieliczni, zamożni gospodarze byli posiadaczami takiego sprzętu i również nieliczni mogli sobie pozwolić na omłot taką maszyną, za wynajęcie i użycie której trzeba było drogo płacić.
Sprzęt okopowych wykonywany był całkowicie ręcznie. Kopaczki do ziemniaków nie znane tu były zupełnie.
Mówiąc o czasach międzywojennego dwudziestolecia trzeba obiektywnie stwierdzić, że na skutek tradycyjnych form gospodarowania rolnicy nasi nie potrafili powiększać wydajności z hektara. Wydajność ta była w ogólności niska i nie przekraczała 12 – 14 metrów zboża z ha. Również bardzo słabo była rozwinięta hodowla inwentarza żywego.
Ówczesne państwo nie interesowało się skupem płodów rolnych tak, jak to się dzieje obecnie. Zbyt wyprodukowanych zbóż i zwierząt gospodarskich odbywał się na jarmarkach.
W Sadownem w każdy wtorek tygodnia ciągnęły zewsząd wozy od wczesnych godzin rannych. Prowadzono bydło, konie, wieziono, świnie, owce, drób i na specjalnie na ten cel przeznaczonych placach odbywały się do późnych godzin popołudniowych targi i handel wiejskimi towarami. Wzdłuż ulicy wędrowni handlarze, najczęściej Żydzi, rozkładali swe kramy, sprzedając w nich przeróżne artykuły dla potrzeb ludności wiejskiej. Ożywiał się wtedy handel w sklepach, przepełnione były karczmy, a rzeźnicy i piekarze upłynniali zręcznie i szybko wyprodukowane przez siebie pieczywo i wędliny.
Ceny na tych jarmarkach nie były stałe. Huśtawka ich dyktowana byłą spekulatywnym interesem prywatnych nabywców, którzy ustalali ceny jarmarczne sami według własnych korzyści bez jakiegokolwiek oparcia o ceny ustalone przez państwo. Istniała w tym zakresie całkowita swoboda i dowolność oczywiście zawsze z krzywdą dla chłopa.
Jarmarki były okazją i terenem bezgranicznego wyzysku chłopa, który z konieczności musiał ulegać elementom spekulatywnym, ponieważ innego wyjścia nie było. Kupujący nawet poza jarmarkiem, w domu, handlarze bydła, koni i trzody chlewnej dyktowali ceny, które były z góry ustalone i uzgodnione z bezwzględną stanowczością z innymi handlarzami. W takiej sytuacji rolnik, czy chciał czy nie chciał, sprzedawać musiał swój towar po cenach przeważnie dla siebie niekorzystnych. Rósł z tego niedostatek i bieda stawała się częstym gościem w chatach chłopskich.
Źródło: „Sadowieńskie obrazy…”, Edward Sówka, 1970
