Wspomnienia – Swobodny Nurt 1957 – cz. III

Z pamiętnika młodego nauczyciela – CZYLI ODNALEZIONY UŚMIECH.

Kiedy pociąg zatrzymał się na małej, leżącej w polu stacyjce i powiedziano mi, że to już tu, na twarzy mojej odmalować się musiało rozczarowanie i zawód. Z rezygnacją wysiadłem z wagonu i z rezygnacją przemierzałem czterokilometrową odległość dzielącą stację kolejową od miejsca, w którym licho wie ile lat miało mi się zaplątać. Nigdy nie jestem skłonny do rozpaczy i w każdej sytuacji życiowej lubię dostrzegać przede wszystkim blaski i uroki, a na cienie zamykać oczy. Ale wtedy, mimo całego młodzieńczego optymizmu, czułem się trochę zawiedziony. Młodość buduje często zamki na lodzie. Wybudowała je i moja fantazja w czasie niezapomnianych studenckich wieczorów. Przyszłość jawiła się w wyobraźni jako niekończące się pasmo sukcesów i związanych z nim radości. Wtedy, kiedy było człowiekowi jakoś „wszechradośnie” i „wszechpotężnie” w gronie uniwersyteckich przyjaciół, kiedy młodzieńcze, romantyczne wzloty kazały mierzyć siły na zamiary – przyszłość – znaczyło wielkość, a zarazem przyszłość to Warszawa (koniecznie Warszawa), to oddech świeżym powiewem wiślanym, to spacer z kimś bliskim znajomymi ulicami do znajomych kin czy teatrów, to praca, radość, to rozmach wielkomiejskiego życia. Takie były te studenckie „sny o potędze”, taka była wizja przyszłości, takie były złudzenia, które już wkrótce miały się okazać straconymi złudzeniami. Nie tylko dla mnie. Nie. Przynajmniej dla stu spośród stu dwudziestu kończących ze mną studia. Wszyscy pracę na prowincji uważali za przymusową zsyłkę. Już drugi rok, jak rozproszeni przez los po całym kraju, niewiele o sobie wiemy. Danusia w Opocznie (podobno wyszła za mąż), Ludwik w Bartoszycach, Teresa w Ełku, Baśka w Węgrowie, a ja?

To dojście ze stacji do Sadownego jest zupełnie ładne. Zwróciłem na to uwagę już w czasie pierwszej swojej wędrówki, tej pamiętnej, zaprawionej rezygnacją i zniechęceniem. Co chwila miałem wrażenie, że idę z Kościelrskiej do Zakopanego. Zakopane też, bo zakopane wśród lasów jest to nasze Sadowne. Tak, teraz z perspektywy przeżytych tu sześciu miesięcy – mogę powiedzieć już nasze Sadowne. Ale wpierw, pod koniec sierpnia wydawało mi się takie obce! Miejscowość, jakich w Polsce tysiące – na wieś nieco za duża, na miasteczko grubo za mała – jednym słowem ni pies ni wydra, może jednak czasem dostarczyć człowiekowi momentów „wielkiego wzruszenia”. Parę takich dane mi było dotychczas przeżyć. Jeden, gdy w tutejszej gospodzie ludowej piłem filiżankę czarnej, mocnej, niespodziewanie nieźle przyrządzonej kawy, przy której ożyły wspomnienia eleganckiego świata stolicy. Drugi, gdy przed studniówką w jednym z prywatnych tutejszych sklepów kupiłem czarną muszkę, której od jakiegoś czasu bezskutecznie w samej stolicy poszukiwałem. Myliłby się jednak każdy, kto by sądził, że wymienione tu dwa fakty to jedyne uroki sadowieńskiego życia. Jest ich o wiele więcej. Przede wszystkim szkoła. Zanim jeszcze ujrzałem ją na własne oczy, mówiono mi o niej w Wydziale Oświaty wiele. Że jest duża, że jest ładna, że jest najładniejsza. I rzeczywiście każdego przybysza dziwi skąd wśród porozrzucanych bezładnie, nędznych najczęściej chatynek, w lesie, na pustkowiu niemal wyrósł wielki, nowoczesny gmach szkoły. Nieraz, stojąc wieczorem na „Kasprowym Wierchu” (tak uczniowie nazwali niedaleko od szkoły położone wzgórze, na którym mieszkam) podziwiam piękno krajobrazu, urok pławiących się w księżycowej poświacie sosen na zboczu góry. I podziwiam wielką, przez cały dzień tętniącą życiem szkołę, która z księżycem idzie o lepsze w rozświetleniu mroków sadowieńskich nocy. Siedząc przy lampie naftowej nad stosem wypracowań z języka polskiego, obserwuję zazdrośnie jak patrzy w mroki dziesiątkami jasno oświetlonych okien, jak stoi wielka dumna ze swej wielkości, jak promieniuje na okolicę.

Nie wiem doprawdy jak to się stało, że zacząłem coraz bardziej zapominać o swojej ulubionej, tak bardzo odpowiadającej nastrojowi młodego „zesłańca” piosence:

Chcę żyć pośród gór,

skąd do nieba blisko,

sen przemieniać w pieśń,

deszcz zamieniać w łzy.

            Jak szukać mam słów,

            których stale braknie,

            by wyśpiewać to,

            co czas zabrał mi.

Zawieruszyła się gdzieś bez reszty piosenka, zaplątała w konary drzew, z tęsknotą odpłynęła. I nigdy już jej nie śpiewam. Czyż mogłem kiedykolwiek przypuszczać, że w leśnych ustroniach na prowincji odnajdę zagubiony uśmiech? A jednak odnalazłem.

Praca pedagogiczna daje mi niespodziewanie dużo radości. Kocham młodzież, kocham szkołę, kocham życie szkolne. I któż by to pomyślał, że ja, który tak śniłem o pracy w Warszawie, zrezygnowałem z proponowanej mi niedawno asystentury Zakładu Języka Polskiego Uniwersytetu Warszawskiego. Niełatwo mi to przyszło, w czasie trzyletniej pracy w Zakładzie, jeszcze podczas studiów, zżyłem się bardzo z jego pracownikami, polubiłem pracę dialektologiczną. Ciężko, bardzo ciężko było zrezygnować. I z wymarzonej Warszawy i z pracy, którą się polubiło. Zwyciężyły jednak później poznane uroki. Uroki nauczycielskiej pracy i nauczycielskiego życia. Nawet, gdyby życie to miało upływać w tak prymitywnych warunkach, w jakich upływa mi obecnie na głuchej prowincji w cichych ustroniach leśnych. Kiedy człowiek czuje się nauczycielem z powołania, a nie z przypadku tylko, kiedy uczy przedmiotu, w którym żyje, który go pochłania, kiedy spotyka się na każdym kroku z życzliwymi uśmiechami, z dowodami wdzięczności i przywiązania ze strony uczniów, to już wystarczy żeby czuć się zadowolonym i z siebie i z życia.

Rozmaici są ci uczniowie. Nieśmiali jak „Bartek” czy „Jurek Głuptasek”, lub urwisowaci jak „Arab” i Janusz. Pracownicy jak Ciach czy Siwkówna lub lenie jak Wituś z Adasiem. Spryciarze na miarę Bębenka lub ociężali w stylu „dostojnego Partyzanta” czy „Balbiny”. Wszystkich ogarniam jednakowo ciepłym spojrzeniem takim, jakim obdarzyć może nauczyciel uczniów, przyjaciel – przyjaciół. To oni przede wszystkim pomogli mi odnaleźć cel i radość życia. Oni wszyscy. Pracowita Tereska Zakrzewska, sprytny Kajtek, urwisowaty Arab, słoniowaty Partyzant, a nawet najbardziej leniwy ze wszystkich uczniów pod słońcem Wituś. To przez nich zostałem wśród lasów. I dla nich. Za mało wśród nich energii, za mało młodzieńczego entuzjazmu i optymizmu życiowego, brak szczytnych haseł i romantycznych wzlotów, oni jeszcze nieco drętwi i niezupełnie rozbudzeni z tego snu, do którego ukołysała ich zetempowska organizacja.

Ale oni muszą wreszcie drgnąć! Do nich należy świat i do nich przyszłość. Muszą nabrać rozpędu i rozmachu. Muszą oddychać szeroko i swobodnie, radować się młodym swoim życiem i innym tę radość rozdawać hojną dłonią. I dlatego cieszę się, że powstał ten „Swobodny Nurt” – organ naszej szkoły. Z zadowoleniem śledzę niekłamany entuzjazm młodzieży, jej wielkie, uczuciowe zaangażowanie się w sprawę, jej troskę o to żeby wyszło jak najlepiej, żeby się na pewno udało. Kiedy dowiaduję się, że Józek Bębenek przejęty swoją redaktorską rolą nie mógł zasnąć i późną nocą pisał artykuł, kiedy przyjmuję u siebie w domu Czesię Kobylińską ze zdobytą na plebanii kroniką Sadownego, czy Jurka Dąbrowskiego, który chciałby aby to jego opowiadanie jak najlepiej wypadło, kiedy w dziesiątkach napływających do mnie wierszy młodzież z większym lub mniejszym powodzeniem przechodzi próbę sił – trudno się nie uśmiechać, tym uśmiechem najradośniejszym i pełnym wiary w młodość i przyszłość. Oto wreszcie jest coś, co skupia wokół siebie młodych, co ich pociąga i urzeka, co wzbudza w nich szlachetny zapał. Jest coś, co ożywia młode umysły i kieruje wielkie zasoby młodzieńczej energii na właściwe, szlachetne tory.

Trudno doprawdy się nie uśmiechać tym najradośniejszym, odnalezionym wśród lasów uśmiechem.

                        mgr Ireneusz Łapiński

Źródło: „Swobodny Nurt”, LO Sadowne, Sadowne 1957