O krzyżach przydrożnych
…i wielkiej zarazie roku 1852 słowami Józefa Sikorskiego.
Widok krzyży zwykle drewnianych, czasem metalowych, rzadziej kamiennych był zjawiskiem codziennym szczególnie dla osób wychowanych przed kilkudziesięciu laty na prowincji. Te drewniane, często pochylone, pokryte mchem niczym patyną, na których doskonale było widać upływ czasu, przyciągały chyba największą uwagę dziecka, kryjąc w sobie jakąś tajemnicę, którą być może mogliby rozwikłać najstarsi, ale w natłoku innych bardziej atrakcyjnych zajęć, jak choćby gra w piłkę, czy zabawa w wojnę, maluch szybko o tej tajemnicy zapominał… kogo zresztą interesowały gawędy staruszków?
Inna sprawa, że te wynurzenia były często zwykłymi bajdurzeniami, bo każdy staruszek inaczej zapamiętał to, co przed wieloma dziesiątkami lat opowiedzieli dziadkowie, tym z kolei też się nieco pomieszało to, co usłyszeli od swoich dawno zmarłych krewnych. Prawie każde z takich miejsc zdążyło przez dekady obrosnąć przeróżnymi legendami, ludowymi podaniami, ktoś przy takim krzyżu coś cudacznego zobaczył, inny coś dziwnego usłyszał, przekazywał swe rewelacje dalej, a co drugi słuchacz, coś do tej historii od siebie dodał i tak powstawała klechda.
Od momentu, gdy po szynach poczęły pędzić buchające parą potwory, nad głowami przelatywały latające machiny, a na drogach pojawiły się automobile, klechdy odarte zostały ze swojego czaru. Jeździec bez głowy nie wytrzymał konkurencji ufoludków, stając się kompletną ramotą od momentu telewizyjnej transmisji z lądowania na księżycu.
Więcej na stronie https://madzelan.cba.pl/o-krzyzach-przydroznych-i-wielkiej-zarazie-roku-1852-slowami-jozefa-sikorskiego/
