„Sadowieńskie obrazy” – Rozdział IV – Kapele, odpusty…
Kapele.
Tańczono kiedyś w rytm ochoczo grzmiącej kapeli ludowej, składającej się z dwojga lub trojga skrzypiec grających melodię i wtór, basetli dodającej rytmu niewielkiego, jednostronnego bębenka opatrzonego cieniutkimi, dźwięcznymi blaszkami, tłumiącego swym pobrzękiwaniem fałszywe nieraz tony skrzypiec, wydobywane przez zmęczonych całodobowym graniem, często podchmielonych wiejskich muzykantów – skrzypaków.
Ten rodzaj kapeli przetrwał na naszej ziemi jeszcze do czasów przed II wojną światową, a najsłynniejszą w tej dziedzinie była bardzo popularna i znana na całą okolicę, świetnie przyznać trzeba grająca, żydowska kapela z Broku zwana „Berkami”.
W skład tej kapeli wchodziły: troje skrzypiec prowadzących melodię i wtór z rytmem i basetla. Później w ostatnich latach uzupełniona została, a raczej unowocześniona trąbką, na której razem z „Berkami” grywał mieszkaniec Broku Szydło.
W ostatnich latach, tuż przed wybuchem wojny, dołączył do nich późniejszy kompozytor ludowych melodii, grywanych przez Wesołowskiego, Kozłowskiego i Dzierżanowskiego w radu i telewizji, znakomity odtwórca gry na akordeonie Antoni ROWIŃSKI, sadowieński rodak, wychowany w Broku, obecnie mieszkający na Przewozie w Małkini.
Ciekawostką i nie małą osobliwością tej kapeli „Berków” był młody jej członek, Żyd imieniem Moniek, który, dysponując nieprzeciętnym talentem muzycznym i doskonałością w grze na skrzypcach, biegle, a nawet zadziwiająco pięknie, grał na nich smyczkując na odwrót niż wszyscy skrzypkowie, ręką lewą, a palcując ręką prawą. Nie były to wówczas czasy łatwego zdobycia wykształcenia, które było bardzo kosztowne i niejednemu nie pozwalało na realizację swych zamierzeń i niezwykłych nieraz zdolności. Niezaprzeczalnie stwierdzić należy, że wymieniony wyżej Moniek, kształcony w odpowiedniej szkole muzycznej, stać by się mógł nie tylko biegłym i doskonałym w tej grze, lecz z pewnością osiągnąć mógł szczyt wirtuozerstwa.
Odpusty.
Do pozostałości obyczajowych z dawnych czasów pielęgnowanych jeszcze do dziś powszechnie nie tylko u nas, lecz chyba na obszarze całego niemal kraju należą „Odpusty”.
Są to wyznaczone przez Kościół dni w roku, w każdej parafii, związane obrzędowo z imieniem patrona danej świątyni, podczas których płyną zewsząd nieprzebrane tłumy ludzkie, nawet z odległych nieraz okolic, wiedzione nie zawsze pobudkami religijnymi, lecz często dla zaspokojenia różnych uciech i zabaw zakrapianych obficie lejącą się najczęściej wódką.
Młodzi awanturnicy, lubujący się w sianiu zamętu i niepokoju, podchmieleni alkoholem wszczynają często krwawe niekiedy bójki, stanowiące przedmiot osobistych, tajonych w głębi duszy rozrachunków lub tak sobie dla bezdennie głupiej fantazji – których najczęściej finał trafia na salę sądową.
Z przykrością godną żalu i politowania znane są takie wyskoki niedojrzałych najczęściej niedorostków, którym często za kratkami więzienia przychodzi dopiero, lecz za późno, rozum do pustej głowy. Miejscami tych smutnych nader i przykrych niezmiernie ekscesów bywają odpusty w Prostyni, a także już rzadziej teraz na Sadownem i okolicznych miejscach parafialnych.
W Sadownem jest w ciągu roku trzy takie odpusty, a których największym i najważniejszym jest w dzień św. Jana Chrzciciela, wypadający zawsze w niedzielę około 24 czerwca.
Dzień ten staje się wówczas okazją do wspólnych, rodzinnych i nie rodzinnych odwiedzin, udziału w nabożeństwie odpustowym, libacji domowych i tzw. bufetowych oraz prawie całodziennego, jeśli dopisze pogoda, chodzenia wokół tasów (kramów) sprzedających dewocjonalia i inne przedmioty kultu religijnego. Można tu wtedy kupić także przedmioty do różnych rozrywek, szczególnie dziecięcych i gier rozmaitych. Spotykało się również kiedyś, dzisiaj już rzadko, katarynki z papugami ciągnącymi losy szczęścia, zagrać można było w loterii fantowej, potańczyć w strażackiej remizie lub pokręcić się na karuzeli będącej zawsze przedmiotem największego chyba zainteresowania zarówno dzieci i młodzieży, jak i też podchmielonych odpustową gorzałką starszych.
Przyznać trzeba, że dla ludzi wsi odpusty jeszcze do dziś, jako pozostałość z dawnych czasów, stanowią dużą atrakcję rozrywkową, na którą, jak się raz zwierzył chłopiec z okolicznej wsi, „ciuła się nieraz przez długi czas, a nawet przez rok cały”.
Jarmarki.
Jarmarki huczne kiedyś w Sadownem, jeszcze nawet przed samą wojną, zanikły dziś prawie zupełnie. Zachowała się tylko tradycja wtorków targowych, w czasie których odbywa się detaliczny handel nabiałem, drobiem, warzywami, owocami, mniej zaś zbożem, trochę ziemniakami i mięsem z uboju gospodarskiego. Są to z reguły targi krótkotrwałe, drobne, w niczym nie przypominające dużych, prawie na wielką skalę jarmarków przedwojennych.
Ludność naszego terenu korzysta przeważnie z jarmarków większych, bogatszych w asortyment produktów i towarów w pobliskiej Ostrowi Mazowieckiej i Stoczku Węgrowskim.
Poważniejsze zakupy dokonywane są przeważnie w Warszawie, dokąd jest tani i dogodny dojazd. Z usług wielkich magazynów handlowych Warszawy licznie i często korzysta ludność naszego terenu, w którym nie zawsze zaopatrzenie stoi na wysokości miejscowych potrzeb i zadania.
Zbyt na produkty rolne i tucz rzeźny odbywa się przez Gminną Spółdzielnię, która jednocześnie zaopatruje hodowców w wysokowartościowe pasze, stanowiące podstawę do hodowli, a w szczególności świń opasowych, bydła i drobiu.
Gusła, czary i przesądy.
Tak, jak w wielu wsiach naszego kraju, tak i w regionie wsi sadowieńskich utrzymywana była przez długie wieki, a nawet jeszcze i dziś niejednokrotnie podtrzymywana i kultywowana uporczywa wiara w gusła, czary i różne przesądy.
Oczywiście są to pozostałości z dawnych zamierzchłych czasów pogańskich, w których życie ludzi ówczesnych było nierozerwalnie związane z prawami natury ich otaczającej, stanowiło prymityw rozumowania o tych prawach i zjawiskach jako ważnych nieuchronnie i wpływowych zależności na losy człowieka.
Zjawiska atmosferyczne jak błyskawice, pioruny, wschody i zachody słońca, wiatr, klęski żywiołowe i wiele innych stanowiły dla ówczesnego człowieka zasadnicze elementy wpływu na jego codzienne wydarzenia życiowe negatywnie lub pozytywnie.
Po wprowadzeniu na naszych ziemiach chrześcijaństwa, które poczęło w związku z wprowadzeniem swoich, odmiennych całkowicie wierzeń ścinać święte dęby i niszczyć pogańskie kontyny pełne przeróżnych bożyszcz, świętych ogni i najprzeróżniejszych reliktów pogańskich wierzeń, starano się odwodzić ludzi od tych wszystkich guślarskich i zabobonnych wierzeń, pozostawiając niektóre obrzędy w zmienionych mocno formach.
Lud pomny pogańskich kultów z uporem i niechęcią naginał się do nowych, często nieznanych form kultu religijnego i najczęściej w cichości pielęgnował dawne pogańskie wierzenia w działanie niewidzialnych i widzialnych sił nadprzyrodzonych.
Z tamtych to właśnie czasów tkwią wśród ludu jeszcze do dziś wierzenia w czary i magię złych tworów nieziemskich oddziaływujących bez jego woli na wyniki powodzeń i niepowodzeń życiowych, klęsk, nieszczęść, złych przypadków, tak w stosunku do niego, jak i jego najbliższych, a nawet dobytku i inwentarza żywego i martwego.
W momentach sprzyjających życiu ludzkiemu wierzono w pomoc istot niewidzialnych czyli duchów dobrych, od których doznawano łask i powodzeń, co jeszcze bardziej utwierdzało ich w przemożnym wpływie tych niewidzialnych nigdy istot na jego życie związane zazwyczaj z wiarą w fatalizm i przeznaczenie.
Do nierzadkich wypadków należały jeszcze do niedawna, dziś zwalczane z całą słusznością i bezwzględnością przez rozumne i racjonalne wychowanie w szkołach, praktyki różnego rodzaju oparte o niezachwianą wiarę w gusła, przesądy i zabobony. Właśnie dzisiejsza szkoła ma stanowić miejsce rozumnego uświadamiania młodzieży na lekcjach biologii, fizyki, chemii i innych przedmiotów na zasadzie sprawdzonych, nieomylnych praw naukowych o niesłuszności i bezpodstawności absurdalnych nieraz i pozbawionych logiki i sensu zjawiskach opartych na przesądnych i zabobonnych praktykach i wierzeniach.
Wierząc w nie, miały one niejednokrotnie odwracać grożące człowiekowi nieszczęścia, choroby, głód, kalectwo, jak również miały skutecznie przeciwdziałać skutkom klęsk atmosferycznych w postaci przewlekłych susz, długotrwałych deszczów, gradobicia lub nawet, co do dziś jeszcze tkwi w pojęciach wielu naszych ludzi, powstawanie i istnienie silnych wiatrów, wiejących często według naturalnych przyczyn atmosferycznych, a przypisywanych wisielcom – samobójczym, za których przyczyną one powstają. Mówi się wtedy, że „zły” tj. diabeł dmucha potwornie z uciechy, że zdołał namówić duszę nieszczęśnika do zaprzedania się w jego niewolę.
Szczególnie z dużym nieraz pietyzmem pielęgnowane były do niedawna gusła, z którymi wiązano działanie sił nadprzyrodzonych,, mających decydujący wpływ na zażegnanie wielu nieszczęść trapiących człowieka.
W każdej prawie wsi znajdowały się starsze doświadczeńsze w tym względzie kobiety, trudniące się wykonywaniem tych tajemnych obrzędów, którym jednocześnie, jako wybranym spośród innych, przypisywano nadprzyrodzoną siłę działania i łatwości kontaktów z „siłami nieczystymi”.
Ze względu na uzasadnione przed nimi obawy, reszta mieszkańców wsi żyła zazwyczaj z takimi w idealnej zgodzie, obawiając się im narazić, a nawet otaczano je troskliwą opieką. Cieszyły się one w każdej wsi wysokim autorytetem nierozumiejących, najczęściej nieświadomych ofiar wierzących z głęboko pojętym przekonaniem w nadprzyrodzoną siłę ich działania, połączoną niejednokrotnie z aktami osobistych lub zbiorowych zemst.
Kobiety te, tkwiące same w szerokim kręgu ciemnoty i krańcowego zacofania, spełniały nierzadko role lekarek potrafiących „zamawiać” choroby i „babek” wykonujących czynności położnych przy odbieraniu porodów. Dysponując przy tym ogromnym prymitywizmem i brakiem podstawowych zasad higieny, tak ważnej dla zdrowia i życia człowieka, wyprawiały wiele położnic na tamten świat, tłumacząc swe w tym względzie niepowodzenia fatalizmem przeznaczenia, że „tak się stać musiało”.
Wykonywanie potajemnych praktyk w przedwczesnym, szczególnie ze względu na wstyd młodym dziewczynom, spędzaniem płodu, z powodu nieopatrznego zajścia w ciążę, było na porządku dziennym i najczęściej kończyło się śmiercią nieświadomej delikwentki.
Typowy dla dawnych czasów przykład „uzdrawiania” chorej Rozalki – przytoczony przez znakomitego znawcę życia ówczesnej wsi – Bolesława Prusa w świetnie napisanej noweli pt. „Antek”., w której to, jak wiadomo, wiejska znachorka, stosując zaklęcia i czary, kazała nieprzytomną, w gorączce, ciężko chorą dziewczynkę, wsunąć do nagrzanego po upieczeniu chleba piekarnika – jest najlepszym dowodem haniebnych praktyk wiejskich znachorek, którym ślepo wierzono i polecano, tkwiąc w bezwiedzy i okrutnej ciemnocie, życie swoich najbliższych, najczęściej narażone na ciężkie kalectwo lub nieuchronną śmierć.
Nie można się więc dziwić, że na skutek jeszcze słabo rozwiniętej w dawnych czasach medycyny, znachorki takie cieszyły się dużym wzięciem i przyczyniały się do ogromnej w skutkach śmiertelności niemowląt, jak też i dorosłych.
Wystarczy nadmienić, że śmiertelność niemowląt w czasach niezbyt od nas odległych, bo sięgających lat zaledwie kilkudziesięciu, wynosiła w ciągu roku ponad 60 jednostek w granicach parafii Sadowne, a dziś spadła ona do zaledwie tylko kilku osób w skali rocznej. Są to z reguły przypadki śmierci naturalnej spowodowanej przyczynami obiektywnymi, wynikającymi z powodów od człowieka niezależnych. Rzecz w tym wszystkim najważniejsza, że wszelkiego gatunku znachorki i „babki” zniknęły z życia bezpowrotnie, a ich miejsce zajmują lekarze, pielęgniarki i w ogóle personel służby zdrowia z prawdziwego zdarzenia.
Spętana słowami wiary w gusła i zabobony ludność dawnej wsi, a nawet, w nielicznych już na szczęście przypadkach, wsi współczesnej – niezachwianie wierzyła w ich moc, siłę i fatalizm, które były z nimi przez długie wieki związane.
Jeszcze dziś istnieje w naszym regionie wiara w „odbieranie krowom mleka”, uprawiane rzekomo przez złe kobiety działające wg nieświadomości naiwnych, na zasadzie współpracy z siłami „nieczystymi”.
Ze wspomnianym guślarskim wierzeniem w „Zabieranie krowom mleka” przez złe kobiety zwane czarownicami, wiara w to gusło była tak głęboko zakorzeniona wśród miejscowego ludu, że próby wszelkiej perswazji o bezpodstawności tego absurdu nie osiągały nigdy pożądanych wyników.
Jedynym lekarstwem stosowanym kiedyś powszechnie było w wigilię do św. Jana Chrzciciela, tj. 23 czerwca, kiedy bydło powróciło z „paśnika”, oplatanie rogów każdej mlecznej krowie na całą noc świętojańską pasemek łyka z kory lipowej. Rzekomo cudowna moc tych praktyk miała „odczynić” złe zamiary paskudnych czarownic. Można by tu zastosować stare porzekadło „co ma piernik do wiatraka”, a w tym przypadku lipowe łyko do zahamowania niecnych zamiarów czarownic, lecz nie dziwiąc się temu zupełnie należy załączyć ten zapobiegawczy zwyczaj do dawnych obrzędów wywodzących swój rodowód z czasów pogańskich, które, jak powiedzieliśmy, obfitowały w najprzeróżniejsze wierzenia oparte na niewidzialnej mocy guseł, czarów, przesądów i zabobonów.
Podciągnijmy jeszcze pod ten sam mianownik bezpodstawny całkowicie i pozbawiony logicznego sensu do dzisiaj niestety jeszcze tkwiący głęboko wśród ludzi naszej ziemi, a także na pewno i innych części kraju, przesąd wiary w przebiegającego przez drogę czarnego kota. Kot, w ogóle obojętnie na jego „maść”, jest od dawien dawna złym omenem dla ludzi znajdujących się w podróży.
Szczególne znaczenie ma tu kot koloru czarnego, przypominający zdaniem wielu, ucieleśnionego w kocią skórę diabła.
Otóż, gdy podczas podróży dokądś w jakimkolwiek celu pieszo, furmanką lub innym pojazdem, przez drogę przebiegnie czarny kot – w zależności na którą stronę, jeśli na prawą, to można podróż kontynuować bezpiecznie bez jakichkolwiek złych następstw, jeśli zaś na stronę lewą, zabobonni z przestrachem i głęboką wiarą w te bezsensowne mamidło przeważnie powracają na powrót do domu, zdecydowanie wierząc w moc i prawdziwość opisanego gusła.
Oczywiście kotów w każdej wsi jest przeważnie bardzo dużo i wolno im, jak każdemu innemu stworzeniu, przechodzić lub przelatywać z przestrachem przez drogę, a czyniąc to pozbawione są z całą stanowczością czarownej, zlej siły oddziaływania na losy przejeżdżających drogami ludzi!
Podobnie ma się rzecz z wybieraniem się w podróż, kiedy przekroczywszy próg domu nie wolno pod żadnym względem, mimo zapomnienia czegoś, zawrócić do domu, bo – zdaniem wierzących w ten bezpodstawny zabobon – podróż nie osiągnie zamierzonego celu, a nawet spotkać może człowieka jakieś nieszczęście.
Dla pozbawienia bezsensu tego głupiego gusła, piszący te słowa, wielokrotnie w swym życiu wybierając się w podróż, musiał się wracać do domu zapomniawszy w pośpiechu czegoś i nic dotychczas złego mu się nie stało, ani też nie natknął się na niepowodzenie wynikłe z tego przesądu.
Wytworzenie się na głowie dziecka „kołtuna” spowodowanego oczywiście brudem, nie używaniem grzebienia i nadmiernego wydzielania produktów łojotokowych, powstających z wydzielin skóry, nie może być według istniejącego jeszcze dotychczas przesądu, obcinane i oczyszczone ze względu na fatalne po tym następstwa graniczące z tzw. „połamaniem lub pokręceniem” dziewczyny, której może to pozostać w postaci kalectwa do końca życia. Rzecz oczywista, że współczesna medycyna nie toleruje tych błędnych i popartych ciemnota praktyk, lecz zgodnie z zasadami higieny stosuje metodę prostą i skuteczną przez naturalne oczyszczenie i obcięcie „niebezpiecznego” kołtuna z głowy, najczęściej zawszonej i lepiącej się od brudu i łojotoku.
Sposób okadzania krowich wymion z tzw. bolączką po wycieleniu lub nawet w odniesieniu do chorych ludzi, należy do dawnej przeszłości, lecz był w niezbyt odległych czasach, a nawet w nielicznych przypadkach i dziś jeszcze stosowany przez zanikające coraz bardziej znachorki w naszych wsiach.
Mocno jeszcze dotychczas tkwiący jest wśród naszego ludu nie tylko wiekiem starszego, lecz także wśród młodszych, przesąd oparty na głębokim podłożu guślarskim o tzw. „Zmorze” męczącej nocą konie.
Zdaniem wielu, mimo całkowitej absurdalności tego wierzenia i rozsądnemu, logicznemu wyjaśnianiu i tłumaczeniu pełnego bezpodstawności gusła, sprawa jest wysoce prawdziwą i żadna siła przekonywania i perswazji nie zdoła odwieść od fałszywego przekonania w nim tkwiącego.
Znani są jeszcze nie starzy wiekiem gospodarze w naszym regionie, którzy przejąwszy te wierzenia od swych ojców lub dawnych poprzedników, nie dadzą się w żaden sposób przekonać o niesłuszności tego pojęcia i ślepo w niego wierzą. Smutne to, ale jeszcze w drugiej połowie XX stulecia, wieku radia, telewizji i atomu, niestety prawdziwe.
Oto pokrótce relacja z powyższego, pozbawionego wszelkiej logiki i słuszności przebiegu rzekomego, zdaniem w to wierzących, gusła o zaciekłym i uporczywym ujeżdżaniu konia w stajni tylko niestety pośród nocy. Wykonywanie tych niecnych praktyk podczas dnia nie miało oczywiście nigdy miejsca.
Na wybranym do tego celu koniu, obojętnej płci, kiedy domownicy pogrążeni są, po znojnym i pracowitym dniu, w głębokim śnie, przychodzi domniemana „zmora”, która, bez żadnych z niczyjej strony przeszkód, rozpoczyna diabelskie harce z zamkniętym na „cztery spusty” koniem. Ciekawość przy tym trapi człowieka zdrowo myślącego, którędy się ona tam dostaje?…
Ma to być, zdaniem w to gusło wierzących, jakaś dziewczyna ze wsi posiadająca wszystkie cechy diabelskiego sprytu i czarownicy dysponującej szerokim wachlarzem sztuczek i czarów nieziemskiego pochodzenia.
O autentyzmie istnienia takiej czarownicy we wsi krążą tylko domysły nie poparte żadnym dowodem, a w czasach dawnych wręcz otwarcie je wskazywano i według istniejących wówczas praw pisanych palone one były, oczywiście bezpodstawnie, w miejscach publicznych, przy uciesze ciemnej gawiedzi, na płonących stosach.
Prawo takie przetrwało w Europie do XVIII wieku, zaś w Polsce zniesione zostało całkowicie uchwałą sejmową w 1776 r.
Otóż po takich harcach uprawianych przez „zmorę” w ciągu wielu godzin nocnych, koń po otwarciu rankiem stajni ma być rzekomo ogromnie zmęczony, posiada zmierzwioną sierść, robi podobno wrażenie wystraszonego, a co w tym wszystkim najciekawsze, ma mieć w okrutny sposób splątaną grzywę. Istnieją przy tym w wielu przypadkach twierdzenia o splątanych przez „zmorę” w grzywie końskiej warkoczach, których w żaden sposób nie da się rozpleść, ani też nawet rozczesać czy rozplątać.
Według przekonania w to wierzących, potrafi ona często odwiedzać stajnię i zamęczać konia do tego stopnia, że nie będzie on przedstawiał wartości poprzedniej. Niestety w ciągu przeżytych wśród naszego ludu kilkudziesięciu lat o zmęczeniu konia przez uporczywą „zmorę” nie dało się nigdy słyszeć.
Porada dana nieświadomym tego absurdalnego gusła na przypilnowanie z ukrycia praktyk tej czarownicy i ewentualnego wyłojenia jej kijem za jej niecne harce, spotkała się z ostrym sprzeciwem z ich strony i twierdzeniem, że właśnie podczas pilnowania „zmora” wtedy nie przyjdzie, wiedząc o obecności człowieka – zresztą byli i tacy, którzy przejawiali przed takim zabiegiem strach paniczny, graniczący z obawa utraty życia.
Jedynym podobno na to lekarstwem stosowanym w tych wypadkach jest wycięcie ze zmierzwionej grzywy końskiej kosmyka splątanych niemiłosiernie włosów, położenie na pieńku od rąbania drzewa i tłukąc w nie obuchem siekiery, kląć potwornie pod adresem domniemanej „zmory”, życząc jej wszystkiego co najgorsze i zapowiadając, że przy następnych odwiedzinach może mieć łeb rozłupany siekierą.
Dla wyjaśnienia nieświadomym tego nie mającego żadnych logicznych podstaw gusła, dodać tylko należy o całkowitym absurdzie istnienia podobnych praktyk czarodziejskich, których symptomy rzekomego zmęczenia konia i zmierzwienia jego grzywy i sierści należy przypinać obfitemu wydzielaniu przez skórę łojotoku, który leżącemu często podczas nocnego wypoczynku lub tarzającemu się ze względu na świąd zwierzęciu, powoduje skręcanie się splotów długiej przeważnie, natłuszczonej, lepiącej się od tłuszczu i brudu grzywie i sierści na całym jego ciele.
Najwyższy na to czas i okres, aby zerwać z podobnymi wierzeniami i praktykami, świadczącymi, przyznać trzeba ze wstydem, o dowodach istnienia w naszych już dość wysoko uświadomionych wsiach naszego regionu, średniowiecznych przekonań, opartych na głęboko tkwiącym obskurantyzmie, ciemnocie i zacofaniu!
Źródło: „Sadowieńskie obrazy…”, Edward Sówka, Sadowne 1970

