„Sadowieńskie obrazy” – Rozdział IV – Obrzędy okolicznościowe
Spośród wielu istniejących jeszcze we wsiach wierzeń, opartych na cudownej mocy działania sił niewidzialnych, jest nieszkodliwy zresztą nikomu i pozbawiony cech omówionego wyżej gusła, zwyczaj obmywania rąk i twarzy w wodzie jeziora, stawu czy rzeki, a nie studni, przed udaniem się na bożonarodzeniową Pasterkę lub wielkanocną Rezurekcję.
Zwyczaj ten nie pozbawiony jest również cech działalności sił związanych z tym obrzędem, nie mniej, nie jest ani szkodliwy, ani też najprawdopodobniej pomocny.
Do wyciętej, jeśli rzecz ma się w grudniu, przerębli w lodzie podchodzą praktykujący ten zwyczaj osobnicy obojga płci i zanurzając w lodowato zimnej wodzie ręce, wycierają nią dłonie i twarz, myśląc wtedy uporczywie i z głębokim przekonaniem o cudownych właściwościach wody, która rzekomo w ciągu całego roku ma utrzymywać w zdrowiu i czerstwości organizm człowieka.
Zwyczajów i wierzeń związanych z cudownymi właściwościami wody istnieje w naszym regionie dość dużo i są one na pewno pozostałością z dawnych, zamierzchłych czasów pogańskich, omówionych poprzednio.
Nie zawsze przypisywano wodzie tylko jej nadzwyczajne własności, mające wpływ na zdrowie człowieka.
Woda niejednokrotnie stanowiła przedmiot uciech i rozrywek, jak np., w drugi dzień Wielkanocy, zwany u nas „lanym poniedziałkiem”, zaś w innych stronach kraju dyngusem lub śmigusem.
Po dziś dzień zwyczaj ten jest powszechnie w naszym regionie uprawiany i stanowi przyjemny, nie pozbawiony przy tym radości i uciech szczególnie dla młodych.
Mimo, że jest on do czasów obecnych ogólnie kultywowany, zatracił wiele ze swego dawnego, pierwotnego obrzędu.
Zwyczaj to dawny, sięgający czasów po pogańskich, przejęty z pewnością z tamtych lat, mający w treści swej wierzenia związane z moczeniem wodą po pierwszej, wiosennej pełni księżyca, kiedy urządzano biesiady dyngusowe „ażeby obmyci wodą czystą jako ziemia dżdżami niebios byli godni powitać nadchodzącą wiosnę”, okres nowego, budzącego się w naturze życia i lato rodzące płody rolne, podstawę życia i utrzymania człowieka.
Formy tego zwyczaju były i są rozmaite. Polegały one na delikatnym, niewinnym i dyskretnie stosowanym skrapianiem pachnącą wodą, polewania wodą z butelek i małych naczyń, aż do wylewania całych wiader i skopków wody na głowy ofiar, najczęściej dziewcząt. Trafiały się również wypadki wrzucania do jezior, stawów czy rzeki.
Chcąc się często uchronić od przykrych następstw całkowitego nieraz zmoczenia wodą lub zalewania izb jej strugami, ubierano się specjalnie w szaty podlejsze, a izby ogołacano ze znaczniejszych przyborów i sprzętów.
W dawnych czasach zwyczaj ten miewał również charakter wykupu gospodyni przed chodzącymi „oblewańcami”, którzy, grożąc zmoczeniem wodą, wywierali nacisk na otrzymywanie datków przeróżnych, aż do pieniędzy włącznie. Nazywano to kiedyś „chodzeniem po dyngusie”. Były to grupy niedorostków, którzy, chodząc od chaty do chaty, nie omylając żadnej, śpiewali pieśni wielkanocne w celu otrzymania upominku, jajek kolorowych zwanych tu pisankami lub „piskami”, daru pieniężnego czy też świątecznego poczęstunku.
Dziś tego rodzaju zwyczaj w naszych stronach nie istnieje, a pozostał tylko jedynie polegający na oblewaniu się wodą. W regionie całego Mazowsza istniał zwyczaj „chodzenia po dyngusie”, podczas którego jego uczestnicy otrzymywali dary zbierane do kobiałki.
Innym zwyczajem związanym z tajemniczymi własnościami wody jest pokrapianie, stosowane do dziś, w niedzielę wielkanocną wnętrza domu, obejścia gospodarskiego, a nawet inwentarza żywego, w szczególności bydła i koni – wodą święconą, którą na cały rok do użytku domowego przynosi się z kościoła w Wielką Sobotę, po obrzędzie poświęcenia wody przez kapłana.
Z czasów pogańskich, uprawiany przez całe wieki, pozostał obyczaj „Sobótek”, tj. puszczania wianków na wodę w noc świętojańską z 23 na 24 czerwca, podczas przesilenia dnia z nocą, w najkrótszą noc w roku. Obyczaj ten zanikły w naszym regionie już w tej chwili zupełnie, uprawiany był jeszcze przed II wojną światową.
Zbierająca się przy wodzie Pierwszego Mostu młodzież, a z ciekawości nawet i starsi, paliła wielkie ogniska z przygotowanych przedtem gałęzi, chrustu i drew, przez które zwyczajem dawnym skakała, śpiewając pieśni przeróżne, a dziewczęta puszczały na wodę wite wcześniej wianki tak urządzone, aby mogła na cienkich listewkach stać świeczka płonąca.
Wianki, płynąc po wodzie, błyskały światłami, czyniąc podczas nocy niesamowite, urzekające pięknem, prawie czarodziejskiego mirażu, miłe dla oka wrażenie.
Z puszczanych na wodę wianków dziewczęta wróżyły swoją przyszłość. Który z nich płynąc gasł wkrótce, ogarniał niepokojem jego właścicielkę. Inne płynąc i oddalając się od brzegu, na którym rozpłomienionymi oczyma wpatrywały się w nie podniecone niesamowitością obrzędu dziewczęta, wróżyły losy przyszłe, nieznane jak los oddalających się coraz dalej wianków.
Najczęściej na skutek oddalenia mieszały się one ze sobą i myliły ich właścicielki, zwodząc wróżebne przypuszczenia tyczące zamążpójścia.
Bywało, że chłopcy, wiosłując za nimi na łódkach, dopędzali je, co miało być nieomylnym omenem wspólnego w najbliższej przyszłości związania się węzłem małżeńskim. Do nierzadkich wypadków należała, że wyłowiony z wody przez chłopca wianek i zatrzymany przez niego na własność, bywał powodem zbliżenia się wzajemnego młodych, bliższego poznania się, a często obudzenia się uczuć wzajemnych, zakończonych małżeństwem.
Świętojańskie wianki należały do jednych z najpiękniejszych i najstarszych, sięgających czasów pogaństwa obyczajów, który ze względu na swą tajemniczość i wspaniały urok należał przez długie wieki do prapolskiego zwyczaju ludowego.
Ojciec literatury polskiej Jan Kochanowski w czasach sobie współczesnych opisuje językiem poetyckim pięknie ujęty w formę wiersza zwyczaj sobótek świętojańskich, które jak z tego widać kultywowane były wtedy pieczołowicie i otaczane czcią największą.
Podczas puszczania wianków w naszym regionie dziewczęta siewały pieśni, z których jedną z nich w oryginalnej miejscowej gwarze, śpiewane przed dawnymi laty, podała mi słowa do niej wymieniona wyżej Kamińska, niezrównana obrzędnica i pieśniarka prześcigająca wszystkie inne kobiety tego rodzaju:
W polu lipecka, w polu zielona
Listecki opuściła,
Pod nią dziewcyna, pod nią jedyna
Parę wianuszków uwiła.
Oj cegóz płaces moja dziewcyno
Cóz takaś obolała?
Nie płac ze Kasiu, smutnaś po Jasiu
Ach będzies ci go mniałą.
O mój Jasieńku, o mój jedyny,
Dotknena ci me śkoda,
Uwiłam ci ja parę wianusków
Zabrała mi je woda.
Moja dziewcyno, moja jedyna
Nie frasuj ty sie o nie,
Mam ci ja pare białych łabędzi
Popłyną one po nie.
Juz jeden płynie po rokicinie
Goni za wiankiem strzałą.
Drugi tez płynie, az sie odwinie
Dla cię z pociechą małą.
Moje wianecki z drobnej rutecki
Mam ja was stracić marnie
Łabędzie płyną, wianecki giną,
Bystra je woda zgarnie.
Nie mas juz wianka smutna dziewecko
Juz zara bandzie ranek
Łabędzie wróćcie, serca nie smućcie
Przywieźcie Kasieńce wianek.
Ostał się tylo ino rąbecek
Na twoje złote włosy.
Nie plac dziewcyno, nie płac jedyno
Może się zmienią twe losy.
Ludowy zwyczaj, związany także z wiankami, pochodzący z dawnych czasów, przetrwał u nas do dziś i jest kultywowany w oktawę Bożego Ciała, podczas ostatniego nieszporu odprawianego w kościele. Wianki te wite przez starsze kobiety z żółtego rozchodnika, ozdabiane są kwieciem i zielenią wielkości kółek o średnicy mniej więcej 10 do 15 cm.
Wianuszki te, są święcone podczas obrzędu kościelnego i przyniesione napowrót do domu, zawieszane są na obrazach kultu religijnego, ścianach lub na drzwiach i przechowywane przez cały rok, stanowią relikt posiadający niezwykle własności. Kładzione one są pod podwalinę nowobudowanego domu lub budynku gospodarskiego, mające zabezpieczać od pożaru i uderzenia pioruna. Spalane w dawnych czasach miały swym wonnym dymem okadzać obejście gospodarskie, a woń tego dymu miała być symbolem cnót wszelakich, nawiedzających członków rodziny, a także chronić od piorunów.
Również okadzanie dymem spalanych wianuszków z rozchodnika domu mieszkalnego zewnątrz i wewnątrz miało go chronić od wszelkich klęsk pochodzących od natury, chorób i nieszczęść. Okadzanie łanów zbóż na polach miało je chronić od gradobicia i dodatnio wpływać na zwiększenie plonu i urodzaju.
Pozostał jeszcze dotąd, lecz już prawie zanikający obyczaj wicia aż dziewięciu takich wianuszków o mniejszym rozmiarze, a każdy z innego ziółka: macierzanki, mięty, ruty, rozchodnika, barwinku, rosiczki i innych. Każdy z nich miał posiadać różne przypisane im wiarą ludzką właściwości.
Podobnym wiankowym obyczajem, stosowanym do dziś powszechnie we wszystkich wsiach naszego regionu, jest układanie na dzień Matki Boskiej Zielnej – 15 sierpnia – wiązanki składającej się z dorodnych, dobranych kłosów żytnich, pszenicznych, jęczmiennych i owoców innych roślin uprawnych, przybrany zieleniną, który równie jak poprzednie, niesione są w tym dniu do kościoła, tam święcone jako dowód dziękczynienia za urodzaj i zadowolenia z niego, dającego podstawę bytu i życia. Przyniesiony do domu, zatykany jest za obrazy kultu religijnego z wiarą w dobry urodzaj roku następnego, pozbawiony klęsk żywiołowych i pełen obfitości.
Po zakończeniu żęcia ostatnich skrawków zbóż zachował się u nas po dziś dzień zwyczaj robienia tzw. „Przepiórki”, po której następowało „Okrężne”, będące symboliczną ucztą sprawianą przez gospodarza dla osób biorących udział w zakończeniu prac żniwnych.
„Przepiórka” była kiedyś i jest dzisiaj resztką pozostawionej na „rżysku” niezżętej kępki zboża, najczęściej żyta, która odpowiednio, przez kobiety, podwiązana i przybrana zieleniną i kwieciem, wsparta dla usztywnienia patykiem, ma stanowić symbol przyszłorocznego urodzaju, czystość zboża i być resztką dla ptaka, od którego wzięła się prawdopodobnie swoją nazwę – przepiórki, która po zżęciu zboża pozbawiona została jadła wszelkiego i zakrycia go przed okiem ludzkim i drapieżnych jego skrzydlatych nieprzyjaciół.
Uciesznym przy tym i nie pozbawionym humoru i wesołości obyczajem jest chwycenie niespodziewane gospodarza za nogi i, wlekąc nim po ściernisku, objechanie wokół tej symbolicznej „przepiórki”, aby, jak głosi zachowane od dawna twierdzenie, szczęściło mu się i wiodło jak najbardziej w przyszłych zbiorach i urodzaju wszelakim.
Strojenie tzw. palm na Niedzielę Palmową to również relikt pozostały z dawnych czasów, stosowany obecnie we wszystkich wsiach ku kościelnemu obrzędowi wiążącemu się w jego tradycji zachowanej od wieków z wjazdem Chrystusa do Jerozolimy.
Palmy są to przeważnie rózgi pewnego gatunku wierzby, porosłe wczesną wiosną gdy nie ma jeszcze liści – baziami, zwane u nas także „kotkami”, które odpowiednio przybrane, święcone są w tę niedzielę, podczas specjalnego obrzędu kościelnego i również jak wianuszki przynoszone do domu i mające posiadać moc ochronną przed różnymi nieszczęściami.
Istnieje przy tym silnie zakorzeniona wiara i przekonanie, że połykanie tych „kotków” palmowych ma chronić zdrowie człowieka, a także i zwierząt gospodarskich od chorób rozmaitych i nieszczęśliwych wypadków.
Dziś zapomnianym i nieznanym już zupełnie, nie spotykanym na naszej ziemi zwyczajem związanym z palmą strojoną w Kwietną Niedzielę, bo tak kiedyś nazywano Palmową Niedzielę, był obyczaj polegający na tym, że kto wcześniej w tę niedzielę wstawał ze snu, ten budził innych i, uderzając palmą leżących w łóżku, wypowiadał zwyczajową formułkę:
„Wierzba bije, nie ja biję!
Za tydzień – Wielki Dzień,
za sześć noc – Wielka Noc,
wstawaj leniu, dźwigaj moc!”
Okres świąt wielkanocnych był w naszych okolicach okazją szczególną dla młodych lubujących w uprawianiu dawnego, obecnie coraz rzadziej stosowanego, zwyczaju strzelania przeważnie z tzw. kalichlorku, podczas rezurekcyjnej procesji, obchodzonej -zgodnie z rytuałem – trzykrotnie kościół, przy licznym udziale wiernych.
Zwyczaj ten, choć w wielu przypadkach stanowiący niebezpieczeństwo narażenia się na kalectwo, miał być i jest jeszcze teraz wyrazem radości z racji Zmartwychwstania Pańskiego, jako święta będącego jednocześnie zapowiedzią budzenia się natury ze snu zimowego i rozpoczęcia okresu kalendarzowej wiosny.
Wspominając wyżej o trzykrotnym obchodzeniu procesją wokół kościoła w czasie rezurekcyjnego nabożeństwa, dodać należy o istniejącym wśród naszego ludu wierzeniu o obowiązku trzykrotnego obejścia kościoła w tej procesji i – zdaniem ludzi – omylenie każdego razu, ma być kontynuowane po śmierci.
W Wielką Sobotę dokonuje się pradawny obyczaj święcenia jadła, a w szczególności jaj, którymi dzieląc się podczas pierwszego posiłku świątecznego, następuje składanie sobie życzeń wzajemnych dobrego zdrowia i długiego życia, bo według pradawnych wierzeń jajko miało być symbolem życia w nim ukrytego i zgody między ludźmi. Mówi się przy tym o darowaniu sobie i zapomnieniu, nawet między najzaciętszymi wrogami, wzajemnych krzywd, zadrażnień, niechęci i win obopólnie lub jednostronnie popełnionych.
W dawnych czasach pańszczyźnianych obrzęd święcenia jadła i jaj odbywał się gromadnie przy dworze, w którym pracowali chłopi. Znoszono wtedy jadło w kobiałkach i koszach w jedno miejsce w pobliżu dworu i kapłan poświęcał wyczekiwaną po długim i bardzo surowym poście obfitość jadła mięsnego i jaj białych, przeznaczonych na tzw. „święconkę” oraz kolorowych, zwanych jak wspomniano wyżej „piskami”.
Zwyczaj zbiorowego święcenia pokarmów odbywał się zazwyczaj w miejscu obok dworu na to przeznaczonym, dokąd cała wieś znosiła jadło w koszach lub kobiałkach ustawionych na zasłanej białymi ręcznikami ziemi, zaś pośrodku półkola, powstałego z ustawionych kobiałek, stał ceber lub beczułka z wodą. Po odmówieniu przepisanych rytuałem modlitw, kapłan dokonywał poświęcenia wody i jadła, które od tej chwili otrzymywało nazwę „święconego”.
Po przybyciu do domu wodę nalewano w specjalnie na to przeznaczone, zazwyczaj kupowane na odpustach, szklane, pękate jednostronnie naczynia koloru ciemnoniebieskiego, w którym przetrzymywano ją przez cały rok i służyła ona do rozmaitych obrzędów, część zaś wlewano do tzw. „chrzcielniczek”, tj. metalowych, wypukłych jednostronnie, oznaczonych symbolem krzyża naczyń, do zawieszania na futrynie drzwi wejściowych do izby, również kupowanych na odpuście, w którym maczano palce prawej ręki i czyniono znak krzyża przed wchodzeniem do domu lub opuszczaniem go na okres kilku lub kilkunastu godzin lub dłużej.
Święcone jadło stanowiło pierwszy posiłek po powrocie z rezurekcji, a jajko, jak wspomnieliśmy wyżej, jest symbolicznym reliktem dzielenia się nim.
Święcone dziedzica lub jego plenipotenta, zarządcy czy administratora, odbywało się oddzielnie w jego domu, do którego zapraszał kapłana, poza pospólstwem.
Zwyczaj dzielenia się jajkiem przetrwał w Polsce od wczesnych czasów po wprowadzeniu chrześcijaństwa i był kultywowany wraz ze święceniem wodą obejścia gospodarskiego i osób w nim mieszkających, a także inwentarza żywego.
Jednocześnie w tym samy dniu, po zakropieniu wodą, następowało wkładanie w szczelinę „węgła” lub pod strzechę opalonej gałązki święconego również w Wielką Sobotę ognia. Także kawałkiem takiej gałązki rozpala się pierwszy tego dnia ogień w kominie. Istnieje z tym zwyczajem związana wiara w ochronę domu przed uderzeniem pioruna lub pożaru niespodzianie wynikłego.
Każde większe i mniejsze święta kościelne pełne są przeróżnych obyczajów obfitujących w wielką ilość obrzędów z nimi związanych, które w wielu wsiach i domach pieczołowicie są pielęgnowane, w innych zaś powoli przechodzą w zapomnienie.
Także okres Zielonych Świątek jest okazją do uprawiania wielu ciekawych obrzędów, z którymi lud naszego regionu związany jest od dawna.
Jednym z nich, stosowanym dotąd powszechnie, jest ozdabianie wnętrza izb, sieni, przedsionków i domu na zewnątrz łodygami tataraku, który zazwyczaj już w tym okresie bujnie nad brzegami stawów, jezior i rzek wyrasta. Ma to symbolizować radość ludzi z okazji wiosny w pełni już rozwiniętej i rozkwitania pełni życia, obudzonej z zimowego snu natury.
Zielone Świątki są okazją do organizowania spotkań towarzyskich, urządzania wesel i zabaw tanecznych dla młodzieży.
Ostatnio, od szeregu lat, w Polsce Ludowej pierwszy ich dzień wyznaczony jest na obchody Święta Ludowego chłopstwa zrzeszonego w Zjednoczonym Stronnictwie Ludowym. Odbywa się wtedy uroczysta akademia poświęcona temu świętu i zabawa ludowa.
Okres rozbudzonej z zimowego snu wiosny jest także czasem budzenia się natury, powrotu ptaków przelotnych z dalekich, zamorskich, ciepłych krajów, jak bociany, jaskółki, do których lud naszej ziemi ma szczególne przywiązanie i ochrania je przed zabijaniem. W okolicach nadbużańskich, gdzie znajduje się wiele łąk i wód obfitujących w bocianie jadło, nie ma prawie stodoły lub domu, a niekiedy drzew, na których poczciwe bocianiska, związane z naszym krajem dozgonnym węzłem bytowania i wydawania potomstwa, budują bardzo liczne, ogromne gniazda z gałęzi i chrustu.
Jest to także okres pierwszych odezwań się kukułki, ptaka zwanego obecnie w naszym regionie „Kukawką”, dawniej „Zuzulą”.
Do pierwszego usłyszenia głosu tego ptaka mieszkańcy naszej ziemi przywiązują wiarę w tzw. przez nią „okukanie” i wróżby dla dziewcząt, przepowiadające ich ożenek.
Gdy usłyszy się wiosną, obojętnie w jakim miejscu, glos „kukawki”, winno się mieć przy sobie choć kilka groszy. Zalicza się to wtedy do szczęśliwego okukania i jest zapowiedzią o ich mnogości w ciągu całego roku, aż do jej ponownego usłyszenia. Jeśli natomiast kieszeń jest pusta, a co nie daj Boże kukanie zastanie delikwenta bez ubrania w łóżku, „grosz się nie będzie trzymał człeka przez rok okrągły”.
Kukułka, jak wspomniano wyżej, stanowi również wróżbitkę dla dziewcząt o czasie ich zamężcia. Polega ona na wyliczaniu kukań przy wypowiedzeniu jednoczesnym następujących słów: „Kukułka, zuzula, powiedz ile lat do mego wesela”. Ilość usłyszanych głosów, wydawanych przez ptaka, ma nieomylnie wskazywać okres czasu, który jest wyznaczony losem na czekanie weseliska.
Do zwyczajów związanych z obrzędami kościelnymi zaliczyć również należy powszechnie kiedyś, dziś zanikły zupełnie, zwyczaj okładania na krzyż dwiema gromnicami, tj. grubymi świecami woskowymi, poświęcanymi w kościele w dniu święta Matki Boskiej Gromnicznej – 2 lutego, szyi ludzi cierpiących na schorzenia gardła, podczas nabożeństwa porannego w dniu świętego Błażeja – 3 lutego. Miało to rzekomo radykalnie pomagać w tego rodzaju chorobach lub nawet je całkowicie uzdrawiać. Niedawne te czasy, gdy obrzęd ten był stosowany rokrocznie na terenie naszego regionu.
Źródło: „Sadowieńskie obrazy…”, Edward Sówka, Sadowne 1970

