„Sadowieńskie obrazy” – Rozdział III
Ludność i jej zajęcia – część III.
Tu, gdzie obecnie położone są wsie Płatkownica, Sadoleś, Sojkówek i Ocięte, rozciągały się lasy wielkie, wśród których rosły gęste zarośla, grunt w nich był podmokły, bagienny, trudnodostępny. Cały ten obszar po ostatnim rozbiorze kraju znajdował się pod zaborem austriackim, później zaś dostał się pod zabór rosyjski i w tym to czasie przeszedł w posiadanie hrabiego Andrzeja Zamojskiego.
Hrabia ów, zebrawszy okolicznych chłopów, zaproponował im aby ten obszar zagospodarowali, zamieniając nadbużańskie lasy i trzęsawiska na łąki i pastwiska, a gdzie się da również na ziemię orną. Za to według żądania Zamojskiego płaciliby czynsz dzierżawny i inne powinności wynikające z użytkowania. Mimo, że chłopstwu brak było łąk i pastwisk, jednak widmo ciężkiej i mozolnej pracy przy karczowaniu i osuszaniu trudnych do pracy terenów odstręczało żądnych ziemi chłopów i proponowanej przez hrabiego oferty nie przyjęli.
Wówczas Zamojski nie bacząc zupełnie na względy polityczne zwrócił się z identyczną propozycją do Niemców. Ci skwapliwie skorzystali z hrabiowskiej oferty i około roku 1829 zaczęli się osiedlać.
Pierwszymi kolonistami niemieckimi na tych ziemiach, jak wspomina kronika szkoły w Płatkownicy, byli Niemcy: Matt i Bajer.
Po przybyciu, rozpatrzeniu się i zagospodarowaniu sprowadzili więcej swych plemieńców, którzy podobno wywodzili się z dalekiej Alzacji i Lotaryngii. Niektórzy z nich twierdzili, że są pochodzenia francuskiego, gdyż rzekomo ich dziadkowie byli Francuzami.
Do roku 1856 korzystali oni z usług religijnych kościoła katolickiego w Sadownem: zawierali małżeństwa, chrzcili dzieci i grzebali zmarłych.
W roku 1856 wybudowali w Płatkownicy własny drewniany dom modlitewny połączony ze szkołą w jedną całość. Nauczyciel ich dzieci odprawiał jednocześnie nabożeństwa i udzielał wszelkich posług religijnych.
W roku 1909 wybudowali na miejscu drewnianego kościół murowany, a połowę budynku drewnianego przeznaczyli na szkołę, drugą zaś część na dom ludowy, który w roku 1915 sprzedali na rozbiórkę. Obok kościoła wybudowali wówczas dom dla zakonnic ewangelickich tzw. „Diakonek”. Zakonnice te pracowały w Warszawie w szpitalu ewangelickim, zaś do Płatkownicy przyjeżdżały na wypoczynek w okresie wiosenno – letnim. Zajmowały się one podczas swego tu pobytu leczeniem miejscowej ludności.
Drewniany budynek szkoły, postawiony przez nich z części pierwszego domu modlitwy, przetrwał do roku 1963, w którym spłonął w noc październikową, natomiast murowana „kircha”, pobudowana w roku 1909, została w latach pięćdziesiątych przez miejscową ludność rozebrana, a materiał z niej przeznaczono na budowę pięknej, wieloizbowej szkoły, którą oddano do użytku w roku …
W roku 1864, kiedy car Aleksander II wydał ukaz o uwłaszczeniu, ziemie te przeszły na własność kolonistów niemieckich. Z wdzięczności za to Niemcy z Płatkownicy i Sojkówka wystawili w Sojkówku pomnik ku czci cara i wmurowali w niego tablicę z napisem:
„Na pamiątkę uwłaszczenia
włościan dnia 19 lutego/2 marca 1864 r.
Włościanie gminy Płatkownica
Bogu na chwałę
monarsze
Aleksandrowi II-mu
na szczerą pamiątkę ten pomnik
wznieśli dnia 19 lutego/2 marca 1867 r.”
Tablica ta przetrwała w tym pomniku do roku 1917, kiedy ją po ustąpieniu zaborczych wojsk rosyjskich usunięto. Cegłę z pomnika w Płatkownicy przeniesiono do Sadownego i zbudowano pomnik, w który wmurowano marmurową tablicę poświęconą Tadeuszowi Kościuszce z okazji setnej jego rocznicy śmierci. Tablica z Sojkówka poniewierała się przez lat około 40 po różnych zakątkach. Odnaleziona w roku 1955 przez nauczycieli szkoły sadowieńskiej Bogusława Kicia i Edwarda Sówkę przeniesiona została do szkoły, gdzie znajduje się w niej po dziś dzień jako dokument świadczący o stuletniej przeszłości.
W roku 1915 wszyscy niemieccy koloniści wywiezieni zostali w dniu 4 marca do Rosji. Na gospodarstwach opuszczonych gospodarowali miejscowi Polacy, którzy tu zamieszkiwali w znikomym procencie. Po trzyletnim tam pobycie wrócili tu w roku 1918, zajmując na powrót swoje gospodarstwa. Gospodarowali na tych ziemiach do grudnia 1939 roku.
Przez cały czas swego tutaj pobytu Niemcy z Polakami żyli w najlepszej zdawałoby się przyjaźni. Młodzież jednych i drugich urządzała wspólne zabawy, starsi nie przejawiali względem siebie wrogich zamiarów i uczuć i pozornie wszystko układało się jak najlepiej.
Kiedy nadszedł tragiczny dla naszego narodu wrzesień 1939 roku potulni dotychczas koloniści niemieccy pokazali się kim byli w rzeczywistości.
Z chwilą wtargnięcia na naszą ziemię wojsk hitlerowskich stosunek kolonistów do Polaków zmienił się całkowicie.
Nastąpił teraz krwawy rozrachunek z tymi Polakami, którzy kiedyś podczas dobrej z nimi komitywy nieopatrznie poróżnili się lub zadarli z kolonistami. Tajone przez wiele dziesiątków lat zamaskowane fałszywą przyjaźnią wrogie uczucia wypłynęły gwałtownie na wierzch. Zjadany przez ponad wiek cały chleb polskiej ziemi znalazł teraz okazję do haniebnej zapłaty tym, którzy z nimi wspólnie żyli i pracowali w idealnej zdawałoby się zgodzie. Po zawładnięciu ziem polskich przez zaborcę, swego oczekiwanego jak sami mówili „wybawcę z polskiego ucisku”/!/, zmienili się nie do poznania i poczuli panami tej ziemi, okazując bardzo jaskrawie swą wyższość nad ludnością polską.
Tak na przykład Polak Jan Karczmarczyk z Płatkownicy prowadził zadawniony, słuszny dla siebie spór o miedzę z sąsiadem Niemcem Bajerem. Spór ten w okresie poprzedniego, wspólnego, sąsiedzkiego współżycia między nimi nie przybierał nigdy charakteru większego nasilenia lub nawet wyraźnej niezgody. W rzadkich tylko nieraz momentach był przedmiotem wymiany zdań, lecz zupełnie nie stanowił istoty poważniejszego gruntowego zatargu, jakich jest wiele między sąsiadami.
Tłumione, ukryte w głębi niemieckiej duszy pierwiastki tajonej zemsty, znalazły dla siebie upust we wrześniu 39 roku. Po wkroczeniu pierwszych oddziałów armii hitlerowskiej na ziemię sadowieńską – Bajer w towarzystwie żołdaków hitlerowskich udał się do Karczmarczyka i nocą wywlókłszy go z domu zastrzelił i z oznakami tlejącego, jak sam się potem chwalił, jeszcze w nieszczęśniku polskim życia zakopał go do ziemi.
W podobny sposób zamordowali koloniści niemieccy mieszkańca wsi Sojkówek Józefa Gołaszewskiego. Dotychczas nie wiadomo co było przyczyną tego haniebnego porachunku.
Po tych wypadkach blady strach padł na resztę zamieszkujących nie tylko we wsiach poniemieckich, lecz także w Sadownem i innych miejscowościach mieszkańców polskich. Wielu kryło się przez długie tygodnie, aż do wyjazdu kolonistów w grudniu 1939 r.
Byli również wśród nich także ludzie o dobrej woli w stosunku do elementu polskiego. Do takich należała mieszkanka Sadolesia, Niemka Podszusowa, zamężna z Polakiem, która oparła się przesiedleniu i pozostała tu aż do roku 1945, w którym została zamordowana. Do podobnych należeli Hintz z Ociętego i Jabs. Ci wyjątkowi Niemcy nie wyrządzali Polakom najmniejszej krzywdy, żyli z nimi nawet podczas okupacji w przyjaźni, a do znamiennych wypadków świadczących o dobrym stosunku zaliczyć należy fakt uratowania przed rozstrzelaniem rodziny Świątkowskich w Sadolesiu (r. 1944 VIII) przez Podszusową, która swą umiejętną zapobiegliwością potrafiła wyperswadować rozwścieczonym do ostateczności żołdakom o niewinności stojących już pod ścianą śmierci nieszczęśników (przyczyna: skradzenie karabinu przez Fr. Wójcika).
Jeden z młodych Niemczaków z Płatkownicy nazwiskiem Hejze przechwalał się wobec Polaków, że gdyby wojna wybuchła w rok później, tj. w roku 1940, to przybrała by ona na tych terenach inny, na pewno gorszy dla Polaków obrót.
Jak się potem okazało, w Płatkownicy i Sadolesiu istniała przed wojną niemiecka tajna organizacja młodzieżowa pod nazwą „Hitlerjugend”, w której pod pozorem ćwiczeń orkiestry dętej, jaką rzeczywiście posiadali, prowadzono regularne zbiórki młodzieżowe pod kierunkiem przyjeżdżających tu tajnych instruktorów wojskowych, uczących władania bronią i przygotowywali ich do z dawna przewidywanej wojny.
Niestety, nasze międzywojenne władze sanacyjne nic o tym nie wiedziały i dopiero wpadły na jej ślad w czasie coraz bardziej zaostrzających się stosunków polsko – niemieckich w ostatnich dniach sierpnia 39 roku.
Nastąpiły wówczas wśród kolonistów niemieckich aresztowania i wywózka do Berezy Kartuskiej, z której w pierwszej połowie września cali i zdrowi powrócili.
Podczas pożaru Sadownego w dniu 9 września 39 r. wznieconego najprawdopodobniej za namową kolonistów przez wkraczające wojska hitlerowskie Wermachtu, usunięto z domów wszystkich mieszkańców, każąc iść im precz i przy pomocy wielu kolonistów z Płatkownicy, Sojkówka i Sadolesia domy te najpierw doszczętnie wraz ze sklepami obrabowano, a następnie spalono. Smutny obraz okraszony ruinami i zgliszczami przedstawiało wówczas Sadowne.
Z chełpliwych wypowiedzi wymienionego wyżej Hejze wynikało, że już na kilka lat przed wybuchem wojny ćwiczyli się oni potajemnie i szkoleni byli w zakresie umiejętności nie tylko wojskowych, lecz także i prywatnych. Stąd wynika, że w dużej mierze przyczynili się oni do spalenia nie tylko Sadownego, ale także wielu polskich domów w innych miejscowościach.
Wynikiem tych ukrytych przed polskim okiem ćwiczeń było istnienie wewnątrz wieży niemieckiej kirchy w Sadolesiu dobrze zamaskowanej i starannie ukrytej tajnej radiostacji, którą podobno obsługiwał nauczyciel niemiecki mniejszościowej szkoły w Sadolesiu Braun Gustaw. Ślady po tej radiostacji widniały długi czas przed rozbiórką tego budynku w postaci izolatorów i resztek instalacji tam zamieszczonych.
Musiały stąd płynąć na falach eteru meldunki nadawane dowództwu wojsk hitlerowskich, skoro w dniu 3 września na wyładowujące na stacji kolejowej Sadowne wileńskie pułki wojska polskiego odbył się nalot samolotów, które zrzuciły wiele bomb średniego kalibru, nie wyrządzających na szczęście, oprócz zniszczenia małego magazynu kolejowego, poważniejszych szkód ani wojsku ani też reszcie obiektów kolejowych. Naloty takie powtarzały się jeszcze później przed wkroczeniem Wermachtu, niszcząc tory kolejowe i urządzenia telefoniczne.
Dane o istnieniu tajnych organizacji hitlerowskich i zamaskowanej radiostacji nadawczej pochodzą z wiarygodnego źródła, jednego z kolonistów z Sadolesia Ludwika Zellerta, który będąc konfidentem granatowej policji opowiadał piszącemu te słowa o tych faktach podczas ucieczki mężczyzn z tych terenów na początku września w kierunku ziem wschodnich. Tenże Zellert brał również udział w tej ucieczce w obawie przed zemstą swoich współplemieńców. Po powrocie z tej wędrówki około 25 września cudem tylko uniknął śmierci ocalony przez wyżej opisaną Podszusową i innych swych niemieckich przyjaciół. Wkrótce opuścił te tereny i udał się podobno do Warszawy, gdzie jakoby miał pracować w służbie Schutzpolizei.
W dniu 15 września 1939 roku niemieccy koloniści wyjechali w okolice Makowa Maz. i innych stron, które Hitler wcielił do Reichu, lecz z niewiadomych przyczyn po tygodniu wrócili tu z powrotem, aby powtórnie wyjechać tym razem już na zawsze w grudniu 1939 roku.
Wyjeżdżając sprzedawali wszystko co się dało, inwentarz żywy i martwy, a nawet lepsze budynki. Słowem dobrze dotychczas zagospodarowane ich gospodarstwa zostały doszczętnie ogołocone ze wszystkiego, ziemia byłą pusta, bo sprzedano nawet płody rolne na niej rosnące, a budynki gospodarcze i domostwa świeciły pustkami. Przez wiele miesięcy potem niezamieszkane przez nikogo budynki były przedmiotem rabunku małowartościowych resztek przez ludzkie hieny, żerujące na nieszczęściach wojny.
Źródło: „Sadowieńskie obrazy…”, Edward Sówka, 1970
Foto: Internet



