„Sadowieńskie obrazy” – Rozdział IX – Stanisław Borkowski

SADOWIEŃSKIE PORTRETY – Stanisław Borkowski – ECCE HOMO SADOWIENSIS.

Stanisław Borkowski, sadowieński szewc, choć nie był rodakiem tej ziemi, lecz spędził na niej większą część swego bardzo ciężkiego, rzemieślniczego żywota i tu złożył sterane trudem nieludzkiej pracy kości na cmentarnym pagórku sadowieńskiego cmentarza, jako dziś mało komu znany człowiek międzywojennego Sadownego. A był to, przyznać trzeba, człowiek w pełni zasługujący na swe ludzkie miano. Jego skromne, ciche i nader pracowite życie nie będzie z pewnością podstawą do gloryfikowania zasług na miarę pomnikową. Sylwetka tego typowego w latach przeszłych rzemieślnika, przykutego całymi dniami, a często i nocami, do szewskiego, niskiego stołka, na którym przesiedział około 40 lat, nie wiedząc nic poza obowiązkiem żmudnej pracy dla siebie i swojej rodziny oraz jego polityczno – społeczne zainteresowania wskazują na potrzebę rzucenia słów kilku, obrazując przykładowo Sadownego zasługuje w pełni na krótkie choćby o nim konieczne wspomnienie.

Ciężka i trudna była droga życia Stanisława Borkowskiego. Urodzony w roku 1886 w gminie Borzychy, powiatu węgrowskiego, jako 10-letni chłopiec traci rodziców, pozostając kompletnym sierotą, którym z litości zaopiekował się tamtejszy Żyd niewidomego nam nazwiska, lecz posiadający najwidoczniej serce bliskie niedoli ludzkiej.

Włącza go do członków swojej rodziny i po pewnym czasie, myśląc prawdopodobnie o przyszłości osieroconego chłopca, wywozi go do Warszawy, aby tam znaleźć dlań okazję dla zabezpieczenia jego dalszego losu. W późniejszych swych wspomnieniach, o tym humanitarnym postępku wyznaczonego mu przypadkowo czułego opiekuna, będzie opowiadał Borkowski swym dzieciom, żonie i znajomym lub towarzyszom pracy. Będzie mocno podkreślał i wskazywał na wrażliwość ludzką, mimo rasowych różnic, jakie dzieliły wówczas w pojęciu wielu, Żydów i Polaków.

Tenże Żyd zaopiekował się właśnie polskim dzieckiem – sierotą i umieszcza go w warsztacie szewskim warszawskiego majstra w tym zawodzie, u którego przez określony z góry okres kilku lat będzie pozostawał w tzw. „terminie”.

Zgodnie z istniejącym wówczas prawem, chłopiec oddany do „terminu” miał, oprócz nauki wybranego zawodu, spełniać wszystkie posługi domowe u pani majstrowej i nie od razu mógł zasiąść na szewskim zydelku, aby poznawać arkana przyszłego swego fachu.

Kilkunastoletni wówczas Borkowski zaczynał swą naukę od szorowania podłóg, zmywania naczyń, niańczenia dzieci pana majstra oraz najprzeróżniejszych posług wynikających z warunków codziennego życia domu warszawskiego szewca.

Nagrodą i zapłatą za to wszystko było wyrko gdzieś w najlichszym kącie domu pana majstra i łyżka strawy, podtrzymująca życie rosnącego szybko przyszłego czeladnika!

Gdzieś po roku lub nieraz dwóch dopuszczano dopiero do wstępnych robót, które stopniowo, z upływem czasu, miały uczyć adepta szewskiej sztuki, poczynając od kręcenia i smołowania dratew, poprzez sztukę szpilkowania, ćwiekowania, itp. elementów składania buta w określoną całość formę kopyta.

Podczas wieloletniego „terminu” Stanisław Borkowski, nim został czeladnikiem, w swym zawodzie przeszedł prawdziwą gehennę życia dziecka, którego jedynym opiekunem, a zarazem i chlebodawcą, był majster surowy i nie zawsze dobry dla dziecka – sieroty.

Nieodżywiony i przepracowany, nie mając bliskich sercu osób, młody Borkowski często myślał o samobójczych zamiarach. Z późniejszych jego wynurzeń wiadomo, że dwukrotnie czynił zamachy samobójcze na swe nieszczęsne, sieroce życie. W obu przypadkach został odratowany: raz z nurtów Wisły, drugi od śmierci przez zamarznięcie. Sprowadzony wtedy z powrotem do majstra, który w pierwszym przypadku wyłoił chłopcu skórę za taki postępek, zaś w drugim, tknięty wyrzutem sumienia, rozmawiał z nim serdeczniej i od tej pory, widząc i rozumiejąc najprawdopodobniej tragizm życia sieroty, zaopiekował się nim bardziej, a nawet podobno za jego uczciwość i solidność w pracy polubił go i doprowadził w zmienionych już nieco warunkach do ukończenia „terminu” i wyzwolenia na czeladnika w zawodzie szewskim.

Wielokrotnie przesiadywanie młodziutkiego jeszcze wtedy Borkowskiego na swym stołeczku wśród grona starszych od siebie pracowników pana majstra, pozwalało wsłuchiwać się w ich rozmowy, które stanowiły nieodłączną część szewskiego życia pracujących w chałupniczej produkcji warszawskich szewców.

Były to wówczas czasy budzenia się ruchów proletariackich i niepodległościowych spętanego kajdanami politycznej i społecznej niewoli narodu polskiego. Przenikały z dalekiej Rosji odgłosy o robotniczych buntach i ulicznych demonstracjach. Wśród polskiego proletariatu, wzorem rosyjskich towarzyszy, zaczęły powstawać pierwsze organizacje polityczne, mające na celu walkę z tym samym wrogiem, jakim był carat i narastający coraz bardziej w siłę i zasoby materialne kapitalizm.

Wśród stukotu szewskich młotków i przepojonego mdłym zapachem skóry powietrza chałupniczego warsztatu, chłonął młodziutki Borkowski słowa o rodzącym się socjalizmie, biorącym w obronę takich, jak on ludzi z dna nędzy, ucisku i wyzysku nieludzkiego.

Gorące nieraz dysputy starszych od niego mistrzów buta, słuchane chciwie przez dorastającego młodzieńca, rozpalały w nim ciekawość o odsłaniały nieznane dotąd sprawy, wyzwalając jednocześnie w duszy zdolnego chłopca pogląd na rzeczywistość ówczesnej sytuacji setek tysięcy jemu podobnych i budziły chęć działania do walki z niesprawiedliwym, krzywdzącym ustrojem.

Znajduje on wśród braci szewskiej dusze pokrewne, które tak samo musiały ciężko pracować i z trudem dorabiać się chleba.

Jest najpierw świadkiem czytania potajemnego nielegalnej bibuły, potem jej oddanym kolporterem.

Czując w tym działaniu przyszłe wyzwolenie mas pracujących, bierze w nim czynny udział wespół z wieloma sprzysięgłymi tajemnicą towarzyszami niedoli i włącza się początkowo jako terminator, potem jako czeladnik, w wir pracy politycznej.

W początkach 1905 roku docierają do umęczonych stuletnią niewolą ziem polskich wieści o „krwawej niedzieli” w Petersburgu, powodując podniecenie nastrojów polskiego proletariatu przeciw wspólnemu wrogowi.

Rewolucja 1905 roku przeszczepiona na grunt polski wyzwala ukryte, starannie pielęgnowane i ciągle podniecane uczucia łódzkich i warszawskich robociarzy, którzy, jak ich towarzysze w dalekiej Rosji, wylegają na bruki ulic swych miast, demonstrując i okazując swe niezadowolenie z istniejącego stanu rzeczy. Strajki, pochody, tajne zebrania i kolportaż tajnej bibuły to jedyne wówczas formy działania setek i tysięcy takich właśnie Borkowskich i jemu podobnych, których wystąpienia były krwawo tłumione przez sprzymierzone z kapitalizmem oddziały wojsk carskich i nie przebierającej w środkach policji zwanej „ochraną”.

Wespół z wieloma współtowarzyszami proletariackiej niedoli berze Borkowski udział w strajku powszechnym 1905 roku i jako już 19-letni młodzieniec jest czynnym uczestnikiem ulicznych demonstracji robotniczych, manifestujących przeciwko dwom sprzysiężonym ze sobą wspólnymi interesami caratem i kapitalizmem.

Podczas jednej z ulicznych demonstracji rozgorzałej szybko Rewolucji, na własnej skórze doświadcza on smaku razów kozackiej nahajki, a idący z nim obok towarzysz jego, pchnięty sołdacką piką, wleczony jest wraz z nim przez zaciekłych kozunów i bity do utraty przytomności. Plac Grzybowski w Warszawie, zasłany wielu trupami i rannymi w tej demonstracji, stał się wówczas jednym z wielu w większych skupiskach robotniczych miejscem cierpień i przelanej krwi robotników polskich.

Świadomość celu działania warszawskiego proletariatu, wśród którego jak w ukropie gorącym uwija się młody Borkowski, kształtuje i umacnia jego poglądy o słuszności wybranej, rewolucyjnej drogi, przy której pozostanie do końca swego pracowitego żywota. Nie danym mu będzie doczekać czasów, o których śniło na wyrku termiantorskim w kuchence domu warszawskiego szewca.

Krwawo stłumione wrzenia rewolucyjne polskiego proletariatu w tym czasie nakazują jego działaczom przejść do pracy jeszcze bardziej zakonspirowanej, a wielu z nich, zgodnie z nakazem ówczesnej racji stanu stłumionego ruchu rewolucyjnego, opuszcza Warszawę, udając się do mniejszych ośrodków prowincjonalnych, a nawet wielu wsi.

W roku 1906 jako już dojrzały członek PPS-Lewicy opuszcza Borkowski Warszawę i po wieloletnim, trudnym nader w niej żywocie, losy rzucają go w nasze strony, gdzie w Sadownem znajduje punkt oparcia z myślą o założeniu tu skromnego warsztatu w swoim szewskim zawodzie.

Trafia tu nasz bohater na podatny grunt. Ówczesne bowiem Sadowne jest w tym i późniejszym okresie miejscem szybkiego przyrostu ludności i z małej, niewidocznej dotychczas prawie wioszczyny, przeistacza się w dużą, dość ruchliwą wieś leżącą w północnej części tzw. Guberni Siedleckiej.

Przyczyną poważnego napływu ludności z różnych stron kraju jest budowa w tym okresie (1906 – 1909) nowego, po rozebranym kościółku z …. Wieku, murowanego, bardzo okazałego, jak na warunki wiejskie, kościoła, z budową którego szczególnie rzemiosło i kupiectwo wiązały nadzieje na szybki rozwój tego wiejskiego środowiska.

Korzystne położenie obok bitego traktu biegnącego z dalekiej Łomży, przez Ostrołękę i Ostrów Mazowiecką, do Warszawy oraz pobliże stacji kolejowej, zwanej wówczas Zieleńcem, przy drodze żelaznej z Warszawy do Petersburga, pozwalały  w sumie wróżyć Sadownemu jego dalszy, korzystny rozkwit. Ze względu na dobre położenie klimatyczne w sąsiedztwie żywicowych lasów sosnowych podnoszą się walory tej miejscowości szczególnie w lecie, podczas którego jest ono coraz liczniej odwiedzane przez Warszawiaków, szukających tu w uroczych zakątkach leśnych zdrowia, ciszy i spokoju z dala od wielkomiejskiego gwaru  i zgiełku.

Sadowne, w którym osiedla się Borkowski, istotnie po kilkunastu latach przeradza się w dużą kościelną wieś, w której coraz bardziej zaczyna rozwijać się rzemiosło, handel i życie gospodarcze. Jest to również wzmożony okres napływu elementu żydowskiego, opierającego głównie swe życie na handlu i częściowo rzemiośle.

Wśród nielicznych wtedy szewców Sadownego Borkowski zakłada swój maleńki warsztat w wynajętej izdebce i poznaje wkrótce przyszłą swą towarzyszkę życia, biedną i skromną, jak i on, chłopkę z pochodzenia i związawszy się z nią dozgonnym węzłem małżeńskim, będzie od tej pory pchał uciążliwie brzemienną w ciężar losów taczkę żywota.

Młode małżeństwo, oszukane w podły sposób przez chytrego ojczyma Borkowskiej, o obiecywanym posagu, nie otrzymawszy go (100 rubli), z uporem i niezwykłym samozaparciem gromadzi każdy grosz z myślą o budowie własnego dachu nad głową, który po kilku latach wytężonej pracy staje się wymarzoną rzeczywistością i będzie odtąd miejscem kilkunastogodzinnej pracy szewca chałupnika, punktem tajnych, zakonspirowanych zebrań sadowieńskiej lewicy oraz bazą ciężkiego, trudnego życia siedmioosobowej rodziny Borkowskich.

Stan liczebny rodziny wzrasta w przeciągu kilkunastu lat do pięciorga dzieci, z których najstarszą jest Kazimiera, potem Janina, Jadwiga, Jan i najmłodsza Regina.

W związku z rozwojem rodziny wzrastają stopniowo również i jej trudności bytowe. Jedynym źródłem dochodu i utrzymania domu jest żmudna i ciężka praca ojca, który ze swego szewskiego zydla podnosi się tylko wtedy, gdy trzeba przespać się kilka godzin, załatwić sprawy związane z zakupem surowca na wytwarzanie obuwia lub kradzione chwile na nurtujące wiecznie jego myśli, sprawy polityczne lub społeczne.

Setki, a może tysiące par najróżnorodniejszego obuwia wyszły spod pracowitych rąk pochylonego nad swym warsztatem sadowieńskiego króla szewców, jak go cichaczem niektórzy nazywali. Bo istotnie, Borkowski stanowił w swym zawodzie klasę najwyższą.

Lata upływały, dzieci rosły, a z nimi wzrastały kłopoty i myśli nurtujące umysły obojga rodziców o zabezpieczeniu swym pociechom przyszłości. Najstarsza Kazimiera, po ukończeniu miejscowej siedmioklasowej szkoły St. Rytla, zapragnęła dalszej nauki, której realizacji w owych czasach nie była łatwa.

Troskliwy ojciec, świadomy potrzeby kształcenia swych dzieci, dla których przecież nie było morgów, za życzliwą namową kierownika szkoły St. Rytla, postanawia, zgodnie również  z życzeniem córki, kształcić ją  w zawodzie nauczycielskim.

Przez pięć długich lat trzeba będzie teraz myśleć już nie tylko o utrzymaniu rodziny, lecz również co miesiąc wysupływać ciężko zapracowany grosz, aby opłacić nim szkołę i internat w dalekim Wirowie, powiatu sokołowskiego.

Wkrótce następna córka Janina zdobywa także wykształcenie podstawowe i udaje się śladem starszej siostry do tegoż seminarium nauczycielskiego.

Ogrom kłopotów i trosk zwala się teraz na głowę Borkowskiego. Znikąd żadnej pomocy, każdy grosz musi być wystukany szewskim młotkiem przez pracującego teraz w dwójnasób zaciętego w swej pracy chałupnika. Dzięki chyba tylko niezłej wówczas koniunkturze gospodarczej i dużemu popytowi na obuwie Borkowskiego przypisać należy możliwość opłat szkolnych za dwie naraz kształcone córki. Nie jest to jeszcze najcięższy okres w zabezpieczeniu przyszłości swym dzieciom. Będą gorsze, bardzo ciężkie i niezwykle trudne dla całej ich rodziny.

Na szczęście Kazimiera zdobywa dyplom nauczycielski i zaczyna pracować. Przejmuje ona teraz z kolei część obowiązku pomocy w opłatach za naukę i utrzymanie w internacie Janiny, a potem także i Jadwigi. Ta łańcuszkowa forma wzajemnej pomocy w zdobywaniu wiedzy wszystkich później dzieci Borkowskich pozwoliła, mimo narastającej z każdym rokiem biedy w ich domu, zdobyć przez wszystkie córki wykształcenie pedagogiczne, zaś Jankowi wyższe wykształcenie prawnicze.

Pogłębiający się coraz bardziej w latach trzydziestych ogólnoświatowy kryzys gospodarczy zachwiał także bezplanowym, źle zorganizowanym polskim systemem gospodarczym. Odczuł to momentalnie handel, potem rzemiosło, a najdotkliwiej ze wszystkich dziedzin – rolnictwo.

Taran biedy i skrajnego niedostatku uderzył wtedy także i w rodzinę Borkowskich. Wysupłani do ostatniego grosza z trudem niepojętym, przy pomocy nawet dwóch pracujących najstarszych córek, gonią resztkami sił materialnych, aby ostatecznie całej piątce dzieci zagwarantować zdobycie wykształcenia i zawodu. Zarobki stawały się coraz lichsze, obstalunki na wytwarzane obuwie malały – do domu coraz częściej zaczął zaglądać nieodstępny satelita niedoli ludzkiej – głód! Podstawowym produktem utrzymania jest tylko czarny chleb i „cieniutkie” zupki, w których kartofle stanowiły podstawową ich okrasę.

Świętem wielkim, jak opowiadała w 30 lat potem ze łzami w oczach o tych przykrych czasach Jadwiga z męża Poczobutt, nauczycielka w Łodzi, było, gdy do czarnego chleba, popijanego najczęściej gorzką herbatą, pojawiał się biały ser lub odchudzony twaróg kupowany w miejscowej mleczarni.

A ambicje rozsądnego ojca, mimo tej okrutnej biedy, nie malały, lecz potęgowały się coraz bardziej, podtrzymując upór w doprowadzeniu do wykształcenia całej piątki swych dzieci.

I wtedy właśnie przyszło najgorsze! Gdy zdawało się, że bliski już będzie koniec męczarni i udręki, że każde z dzieci otrzyma upragnione wykształcenie i zakończy się gehenna strapień, głodowania i męki codziennej, do domu Borkowskich zajrzała jedna z najwierniejszych przyjaciółek proletariackiej nędzy – gruźlica!

Znalazłszy podatny grunt, uderzyła z całym okrucieństwem swej krwiożerczej zachłanności w głowę domu – ojca!

Widmo całkowitego tragizmu i beznadziejności sytuacji stanęło w niknących co dzień i pałających niezdrowym blaskiem oczach chorego ciężko Borkowskiego! Wszystko sprzysięgło się przeciw jego losom i nieprzewidywany grom nieuleczalnej wówczas choroby uderzył znienacka w źle odżywionego i przepracowanego szewca.

Najbliżsi jego sercu, żona i dzieci, utworzyli teraz zdecydowany front działania przeciw złu, jakie nawiedziło wycieńczony do ostatnich granic organizm ojca. Trzeba było działać natychmiast i naprędce gromadzić wszystkie dostępne środki materialne na pokrycie kosztów przede wszystkim dobrego odżywiania, a następnie leczenia.

W tej sytuacji dwoje z najmłodszych, Janek i Reginka nie byli jeszcze przygotowani do życia samodzielnego. Najmłodsza z córek kształciła się jeszcze w Liceum Pedagogicznym, zaś Janek, po ukończeniu 8-klasowego gimnazjum, odbywał służbę wojskową jako podchorąży. Jedynym wówczas i całkowicie rozsądnym postanowieniem jego było pozostanie w wojsku, widząc w tym niezły wówczas i dobrze płatny kawałek chleba.

I tu również okrutny fatalizm uderza w stroskaną widokiem nieszczęść rodzinę Borkowskich, a w szczególności w gasnącego w oczach ojca. Oto pozostanie Janka w wojsku na zawodowego oficera wymagało przed jego przyjęciem do szkoły oficerskiej opinii środowiskowego czynnika, którym była wówczas granatowa policja.

Niedługi po jej opinii był pobyt Janka w tej szkole. Maltretowany i prześladowany przez oficerów i podoficerów jako syn bolszewika i komunisty, bo takie miano w tej opinii otrzymał jego ojciec – musiał się Janek pożegnać z myślą pozostania zawodowym oficerem ówczesnego polskiego wojska. Powraca do domu, aby patrzeć z bólem okrutnym na gasnącego coraz bardziej ukochanego ojca.

Zbiorowym wysiłkiem wszystkich członków rodziny zebrane na leczenie ciężko chorego Borkowskiego pieniądze okazały się już niepotrzebne. Warszawski lekarz, do którego udał się chory, odmówił wykonania zabiegu, jedynego wtedy zbawczego środka, jakim była odma płuc, stwierdzając bezsensowność jej stosowania ze względu na posiadane przez chorego już tylko strzępki płuc.

Niedługi już potem był żywot przeżartego gruźlicą jednego z najlepszych ojców Sadownego, któremu nie było danym doczekać chwili pociechy z wykształcenia wszystkich dzieci. Jego marzenia życiowe o szczęściu swej gromadki i zmiany ustroju na lepszy i sprawiedliwszy, w którym zdobywanie wiedzy nie musiałoby odbywać się kosztem bezgranicznych wyrzeczeń rodziców, spełzły na niczym. W roku 1936 nie dokończywszy swego wymarzonego dzieła życia, umiera przedwcześnie jako 50-letni zaledwie, lecz okrutnie wychłostany niedolą, cichy, spokojny działacz sadowieńskiej lewicy. Komunistą nigdy nie był – jak go i wielu jemu podobnych w Polsce międzywojennego dwudziestolecia złośliwie nazywano. Był skromnym, uczciwym człowiekiem, działaczem koła chłopskiego „Wyzwolenie, które szczególną ruchliwość przejawiało w naszym środowisku lat dwudziestych. Sadowieński człowiek – mrówka, który całe swe życie w każdym jego dniu przesiedział na szewskim zydlu, nie widząc nic poza ciężką pracą dla dobra tych, którym dał życie i chciał swym mozołem stworzyć im lepszą niż jego przyszłość.

Oto człowiek wyklęty poza nawias międzywojennej społeczności Sadownego, bliski współpracownik na niwie politycznej Jana Kicia, Wacława Polkowskiego i Cz. Wycecha. Ochrzczony nieuzasadnionym mianem bolszewika – komunisty za to tylko, że chciał widzieć wyzwoloną w roku 1918 Polskę, jako ojczyznę jednako dla wszystkich społecznie równą i sprawiedliwą matkę wszystkich jej dzieci – obywateli. Tymczasem widział na równi z innymi, że Polska ta wyzwoliła się nie tylko z politycznego ucisku trzech zaborców, ale nadal tkwiła w rękach tych, którzy przyzwyczajeni do łatwizny i wygód swego dostatniego życia, starali się za wszelką cenę utrzymać w niej swą władzę, którą nieudolnie pokierowali potem do nowego tragizmu dziejowego naszego narodu, jak po latach dwudziestu był pamiętny w skutkach wrzesień 1939 roku.

Niewielu takich ojców, jak Borkowski, posiadało Sadowne międzywojennego dwudziestolecia. Wielu jego towarzyszy pracy, przyjaciół i znajomych, znajdujących się niejednokrotnie w korzystniejszej niż on sytuacji materialnej, nie przejawiało takiego poczucia obowiązku względem swoich dzieci, jakie właśnie posiadał on, prosty, rozumny i zadziwiająco rozsądny, typowy wiejski rzemieślnik.

Swoją wrodzoną inteligencją trzeźwego patrzenia na świat oraz rzadko spotykanym, bezgranicznym oddaniem swego wiecznie zapracowanego żywota dla szczęścia dzieci, wyróżniał się Borkowski spośród wszystkich, dość licznych wtedy rzemieślników sadowieńskich.

I wtedy, kiedy inni z różnych przyczyn szukali nader często zapomnienia w kieliszku – Stanisław Borkowski zawsze stanowczo opierał się tego rodzaju uciechom życiowym, a przeciwnie, tłumaczył i wyjaśniał swoim kolegom i przyjaciołom bezsens tego szkodliwego przyzwyczajenia, sprowadzającego często do zgubnego w skutkach niewolniczego nałogu pijaństwa.

Żaden z przedwojennych rzemieślników Sadownego nie dokonał tak pięknego dzieła życia, jak zrobił to właśnie Stanisław Borkowski. Dlatego w dziale portretów niniejszych zasługuje on, szary szewc, na wyróżnienie jako człowiek, który mimo piętrzących się ciągle w całym jego życiu trudności materialnych, losowych i niszczącej wątłe zdrowie choroby, umiał oprzeć się tym trudnościom, a nawet w większości pokonać je – wychowując swe dzieci na rozsądnych, szlachetnych i uczciwych tak, jak on – ludzi.

Niechże ten wspominek o nim będzie pewnego rodzaju rehabilitacją za wszystkie wyrządzone mu podczas jego skromnego, lecz jakże pięknego i bogatego w żywą, prawdziwie ludzką treść żywota, za niesłusznie wyrządzone mu krzywdy moralne i cierpienia jakich doznał w swym rzekomo wolnym wtedy kraju ojczystym.

Był to niewątpliwie jeden z najwspanialszych, godnych głębokiego szacunku i uznania ludzkich portretów dawnego Sadownego i jego okolic.

Źródło: „Sadowieńskie obrazy…”, Edward Sówka, Sadowne 1970